Dziki Palawan

 

          Myślami i stopami już w Malezji, ale zaległości z Filipin dalej są. Minęło już troch czasu odkąd opuściliśmy Palawan. Była to druga większa wyspa, którą odwiedziliśmy na Filipinach. Przed przyjazdem do tego kraju, każda spotkana osoba, radziła nam, żeby tam pojechać. Skoro każdy bez względu na nację, język i płeć tak mówi to chyba musi coś w tym być. Nie opieraliśmy się, postanowiliśmy posłuchać się rad i wyruszyć na podbój wyspy. Decyzję podjęliśmy dość spontanicznie. Z samego rana, po prawie nieprzespanej nocy dojechaliśmy do najgorszego miasta na naszej drodze, mianowicie Manili. Stamtąd chcieliśmy wziąć prom na Wyspę Bohol. Po krótkiej wymianie zdań i perspektywie czekania tutaj cały dzień na prom, postanowiliśmy polecieć samolotem na Palawan. Spontaniczne decyzje są dobre. Na lotnisku kupiliśmy bilety ( nie było aż tak drogo), zjedliśmy obiad i wieczorem wylądowaliśmy już w Puerto Princessa, czyli większym mieście, gdzie jest McD, bankomaty i dobra kawa z eksperessu. No to teraz do końca pobytu zostajemy na Palwanie, więc mamy dużo czasu na penetrowanie wyspy i odpoczynek.

 

          Zaczeliśmy od wypożyczenia motorków i 4-dniowego tripa na dwóch kółkach po okolicy. Za jeden zapłaciliśmy 500 peso, około 40 zł za dzień. Benzyna tutaj też jest tania, około 3,2 zł za litr. Pierwsze co dało nam się we znaki to stan dróg. Jest bardzo kiepski, dziury, brak asfaltu na większości odcinków, często też brak stacji benzynowych. Paliwo jednak można kupić w lokalnych sklepikach w butelkach po coca coli. Mi, od strony pasażera podobało się bardzo! Kierowcy musieli trochę bardziej uważać, ale żadnej gleby nie było. Generalnie taki sposób poruszania bardzo nam pasował. Dotarliśmy w takie miejsca, gdzie samochodem lub na pieszo byłoby trudno. Przez 4 dni udało nas się odwiedzić okoliczne atrakcje oraz plaże. Pierwszego wieczoru udaliśmy się nad rzekę oglądać świetliki (firefly waching). Nad rzeką znajdowały się specjalne drzewa, gdzie świetliki lubią przesiadywać. Kiedy się ściemnia zaczyna się cały spektakl. Przyjeżdża dużo ludzi, którzy pakują się na łódki i oglądają świetliki. To wszystko jest zorganizowane, łódki trzeba wypożyczyć, ale naprawdę warto(koszt 600 peso za łódź 3osobową). Pod gołym, rozgwieżdżonym niebem, w ciszy wypływa się na rzekę i ogląda świecące punkty nad głową i na drzewach. Tak się tam spodobało że rozbiliśmy się na pobliskim opuszczonym moście.

 

 

          Miejsca godne polecenia w tej okolicy to Ogród Motyli na opłotkach Puerty, i różne plaże, m.in. Duli Beach – dobre miejsce na surfing i ogromna plaża. Poza tym spotkaliśmy tam parę holendrów, którzy rozkręcają tam interes – są naprawdę niesamowici i bardzo sympatyczni.

 

          The Puerto Princesa Subterranean River National Park – czyli słowem – podziemna rzeka, jest tutejszą atrakcją nr 1. Po wizycie moje odczucia (Pawła) są średnie. Cena jest stosunkowo wysoka, a w środku po prostu oglądamy rzekę w jaskini. Poza wejściówką trzeba opłacić wejście na teren parku narodowego. Po dopłynięciu przy odrobinie szczęścia można zobaczyć małpy. A w środku jaskini poza nietoperzami zobaczyć można są różnorakie nawisy skalne, stalaktyty i stalagmity, i kiedy poświeci się na nie latarką to rzucają różne cienie, ale nie jest to 8 cud świata. Zdecydowanie bardziej podobało mi się dotarcie do tej rzeki. Był prawie sztorm i mała łódeczka, która dowozi turystów przed jaskinie – niemal nurkowała.

 


          Odwiedziliśmy także w okolicy Puerty farmę krokodyli, ale niestety nie możemy polecić tej atrakcji ponieważ po oglądaniu tamtejszych krokodylków wyszliśmy raczej przybici tym, że te zwierzaki nie mogą żyć w swoim naturalnym środowisku tylko w klatkach albo małych basenikach. Kolejne dni upłynęły bardzo szybko, a my mieliśmy ciągle uśmiechnięte pyszczki. Taka wyprawa była jedną z najlepszych rzeczy jakie zrobiliśmy od wyprawy konnej w Mongolii.

Kiedy oddaliśmy nasze maszyny (skuterek Yamaha MIO 125 i Hondę XRM125) wiedzieliśmy że trochę będziemy za nimi tęsknić.

 

         Kolejnym naszym celem było miasteczko (bardzo turystyczne) El Nido. Chcąc nie chcąc musieliśmy tam dotrzeć, by złapać prom do kolejnej naszej przygody z workaway. Ale o tym zaraz. Samo w sobie El Nido jest ładne – wąskie uliczki z mnóstwem sklepików, barów, i restauracji. Jednocześnie jest także opanowane przez turystów. Jest ich tu chyba więcej niż mieszkańców. Spotkaliśmy nawet Polaków! (PozdrawiamyJ ). Ponieważ przyjechaliśmy nocnym busem (za ok 380 peso), byliśmy b. zmęczeni więc o godzinie 6 rano udało nam się wynająć pokój za 600/noc, więc mieliśmy w cenie ponad 24h. Pokoik prywatny z jednym oknem ochrzciliśmy jamą i w tejże jamie spędziliśmy kolejne 3 dni. W El Nido bardzo popularne są wycieczki łódkami. Bilety można kupić niemal na każdym rogu. Każda z nich posiada bardzo finezyjną nazwę mianowicie A,B,C oraz D. Zazwyczaj nie przepadamy za taką forą zwiedzania ale pod namową Polaków ulegliśmy. Wybraliśmy się na wycieczkę A i szczerze ją polecamy! Ale koniecznie trzeba mieć ze sobą maskę do nurkowania z rurką, a w ostateczności same okularki. Poza niesamowitymi widokami podwodnymi widzieliśmy piękne laguny i co było miłym zaskoczeniem dostaliśmy w cenie super smaczny obiadek z rybami, mięsami, ryżem, owocami, a wszystkiego do syta.

          Nazajutrz wyruszyliśmy w poszukiwanie naszego nowego miejsca pracy! Przez wspominany już serwis workaway.info znaleźliśmy gościa, który osiedlił się na jednej z wysp i próbuje zbudować tam resort kite-surfingowy. Ponieważ mieszkał z dala od wszystkiego dotarcie do niego było dla nas wyzwaniem ale w końcu udało się. Kupiliśmy jedzenie (bo tam nie ma sklepu) i małą łódeczką popłynęliśmy wprost na jego plażę.

         Ponieważ mieliśmy swój namiot to nasze obowiązki były naprawdę symboliczne i pracowaliśmy dużo więcej niż tego od nas wymagał Kerel – bo tak się nazywał właściciel. Spędziliśmy u niego ponad tydzień, głównie odpoczywając, ale i pracując. Wchodziliśmy na palmy, żeby zerwać kilka świeżutkich kokosów. Zbieraliśmy muszelki, ale i też wielkie muszle wielkości laptopa. Spacerowaliśmy i żyliśmy w zgodzie z naturą, bo od wschodu do zachodu słońca(ok.5:30-20), a naszym prysznicem było wiaderko z wodą, którą ręcznie czerpaliśmy ze studni. Zbudowaliśmy nawet tratwę, ale potrzebujemy chyba więcej wiedzy z zakresu konstruowania łodzi nawodnych, bo nasza bardziej sprawdzała się jako podwodna. Łowiliśmy też ryby ale nasze trofea nadawały się raczej do akwarium, a nie na grilla. W dzień powrotu okazało się że łódź którą mamy wracać ma problem z silnikiem i musimy zostać dłużej. Nie było rady – zostaliśmy. Na szczęście następnego dnia znalazła się inna łódź i dotarliśmy pomyślne do Palawanu.

 

         Udało nam się złapać busika, który z wybrzeża zabrał nas do Puerto Princesy za 500 peso. To raczej korzystna cena, ale trzeba było się trochę potargować. Jak pisaliśmy wcześniej ze stopowaniem tutaj było ciężko ze względu na małą ilość samochodów, raczej mało zamożnych mieszkańców okolicy, którzy chcą zarobić na podwózce i faktem że nie wiedzą co to znaczy stopowanie. Na wyciągniętego kciuka odpowiadają uśmiechem i tym samym gestem jakby odpowiadali, że u nich wszystko ok. Może my mieliśmy za mało cierpliwośc, i a może dobrze, po  5 miesiącach, zrobić sobie takie małe wakacje od stopowania? W każdym razie wypoczęliśmy i z Puerty (niestety przez Manilę) polecieliśmy do Kuala Lumpur odkrywać nowy kraj!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *