Filipiny – wyspa Luzon

 
 

 Luzon i Manila

Po ponad miesięcznym pobycie na Tajwanie wyruszyliśmy eksplorować inną wyspę, a raczej wyspy. Mam tutaj na myśli oczywiście Filipiny, które składają się z ponad 7 000 wysp! Dostaliśmy się tam samolotem, połączeniem między Taipei, a Manilą. Same lotniska bardzo się od siebie różnią. Wylądowaliśmy w Manili nocą, więc do rana postanowiliśmy przeczekać tam, rozłożyć karimaty i pogrążyć się we śnie. Już wcześniej ludzie z różnych krajów, którzy mieli przyjemność spotkać się z tym miastem ostrzegali nas, że jest tutaj bardzo niebezpiecznie. Okazało się, że to prawda, nawet na lotnisku trzeba było mieć oczy dookoła głowy, wszędzie widać było typów spod ciemnej  gwiazdy. Około 4 nad ranem udało nam się zasnąć. Rano obsługa restauracji, pod którą rozłożyliśmy karimaty, wyrzuciła nas, więc musieliśmy ruszyć do miasta. Wzięliśmy najtańszy autobus do miasta i pojechaliśmy powłóczyć się po centrum. Mieliśmy czas do 18, bo wtedy nasza host Rica wracała z pracy i mogła nas ugościć u siebie w mieszkaniu. Jedyne o czym marzyliśmy to sen, a nie zwiedzanie miasta z ciężkimi plecakami. Ponoć pierwsze wrażenie jest bardzo ważne i jeżeli jest złe to później długo trzeba pracować nad tym żeby je zmienić.

 

Tak właśnie było z wyspą Luzon. W samej Manili spędziliśmy 2 niecałe dni. Nie zobaczyliśmy nic szczególnego. To miasto jest po prostu brzydkie i niebezpieczne. Większość ludzi plecaki, czy torebki nosi z przodu, pewnie nie bez przyczyny. Biali turyści są najlepszym łupem , bo przecież oni mają najwięcej pieniędzy, które lecą im z nieba. Trzeba bardzo uważać. Wszyscy się gapią, szepczą, pokazują placami, zwłaszcza po zmroku. Za dnia też nie  jest przyjemnie- zgiełk, kurz, korki, dzieci biegające na boso, a obok wieżowce i sklepy, które posiadają swoich ochroniarzy z bronią w ręku. Pewnie w taki sposób ubezpieczają się od napadów. Jedyny ładny widok jaki tam zobaczyłam to widok z góry wieżowca na miasto nocą. Tak się złożyło, że nasza host mieszka na samej górze, więc jeden łany widok po Manili pozostał. Tylko jeden. Chcieliśmy uciekać stamtąd jak najszybciej. Niestety musieliśmy oddać klucze Rice wieczorem jak wróci z pracy więc zastał nas wieczór! Postanowiliśmy wsiąść w autobus, który jedzie gdzieś na północ i wyjechać jak najdalej. Terminal autobusowy wieczorem w Manili wygląda jak jeden wielki tłum ludzi, którzy czekają, kupują bilety, handlują, albo kradną. Dla nas to była najgorsza część Manili.

Na Dworcu spotkaliśmy wdowę, która po krótkiej rozmowie z Tomkiem zaproponowała nam nocleg u siebie w domu. Oczywiście się zgodziliśmy. Ina mieszkała w jednym z luzońskich miast, gdzie biały człowiek nie był popularnym widokiem. Najlepiej wspominamy obiad następnego dnia! Na bananowym liściu Ina podała różne rodzaje mięsa, ryż, oraz sosy.

 

Najlepsze jednak w tym wszystkim było jedzenie rękoma! To naprawdę smakowało lepiej! Po tym miłym doświadczeniu ruszyliśmy w drogę na północ wyspy. Naszym celem była krzywa palma, na plaży w Pagudpud, którą widzieliśmy na zdjęciu w google.

Północ wysypy w porównaniu do południa bardzo nam się podobała. Tereny były bardziej wiejskie, mnóstwo bawołów z dużymi, zakręconymi rogami, pola ryżowe, nasiona suszone na ulicach, jednym słowem mówiąc bajecznie. Jednak pośród tego wszystkiego nie podobały nam się miasta filipińskie na tej wyspie. Mnóstwo tricykli ( motorki z przyczepką przewożącą ludzi), zaduch, tłok i nieprzyjemny swąd ulicznego jedzenia. Po długiej drodze dojechaliśmy do celu. Kolor wody i plaże widziane z autobusu robiły wrażenie. Miasteczko było jakby zapomniane, w październiku nie było tam w ogóle turystów. Dojechaliśmy na naszą plażę! Była przepiękna i prawie pusta! Na nasze szczęście na plaży znajdowały się stare prysznice z dostępem do wody, więc mogliśmy się wykąpać nie tylko w morzu, ale i w słodkiej wodzie ! Chcieliśmy rozbić namioty na plaży, ale po dłuższy spacerze, znaleźliśmy resort Napintas Vista, z bungalowami na plaży, miejscem na ognisko, ławkami i zapragnęliśmy spędzić tam chociaż jeden dzień. Jeden dzień przedłużył się do dwóch, bo pobyt tam bardzo nam się spodobał. Pierwszej nocy Tomasz zaprzyjaźnił się z piwem red horse i dżinem, który kosztował 5 zł. Noc była piękna, niebo całe w gwiazdach, droga mleczna, cisza, spokój, tylko szum morza, i trzask iskier z ogniska.

 

W takich chwilach nachodzi nas refleksja, że właśnie dla takich momentów warto podróżować! Kolejny poranek był dla nas wszystkich ciężkim, szczególnie dla Tomasza. Na szczęście o poranku właściciele otworzyli nam kokosy i uraczyli wodą kokosową, w sam raz na uzupełnienie elektrolitów. Ja z Pawłem poszliśmy popływać na znalezionej tratwie, na zbiorniku słodkowodnym, który znajdował się przy plaży. Sceneria była imponująca! Wszędzie drzewa wyrastające z wody, powykręcane gałęzie i widoczne korzenie. Czuliśmy się jak na Amazonce. Tomasz postanowił zostać w resorcie i odpoczywać.

 

Kolejną noc postanowiliśmy spędzić na plaży pod namiotem. Akurat tej nocy zerwał się deszcz i przeraźliwa burza. Tajfun is comming! To był znak, że trzeba uciekać z północy wyspy, bo zaczynało być nieciekawie!

Po długim rozmowach, sprawdzania informacji o filipińskich wyspach, zmianach planów postanowiliśmy osiąść na jednej wyspie i zacząć ją eksplorować. Padło na Palawan…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *