Irkuck i Bajkał

 

IRKUCK i BAJKAŁ

Dotarliśmy do Irkucka! Każdy z nas osiągnął właśnie punkt najdalej oddalony od własnego domu. Przy wysiadaniu z pociągu zauważyliśmy oczekującego na nas funkcjonariusza policji. Okazał być się bardzo wyrozumiałym i zgodził się chwilę zaczekać. Zrobiliśmy wtedy kilka fotek z połową pasażerów naszego wagonu którzy wysypali się stadnie z dusznego pociągu. Przez te 4 dni nawiązały się między nami nici porozumienia, aż ciężko było się pożegnać. Po krótkiej seji na peronie, podążaliśmy za panem policjantem prosto na posterunek, żeby Kaja mogła złożyć więcej wyjaśnień ws. skradzionego telefonu. Na miejscu kolejne pozytywne zaskoczenie – policja zadała sobie tyle trudu, że zorganizowali tłumacza – szukając w Internecie kursów z j. polskiego. Małgosia (wykładowczyni uniwersytecka)– do której dotarli – zgodziła się nam pomóc i czekała już na nas na miejscu wraz ze swoją znajomą. Dzięki nim zeznania mogły być zgodne ze stanem faktycznym bez żadnych nieporozumień. Po ok 3 godzinach dokładnego dochodzenia zostaliśmy odprowadzeni przez nasze tłumaczki pod same drzwi hostelu. Można by rzec full serwis. Ze spokojniejszą głową mogliśmy wyruszyć nad Bajkał.
 

Następnego dnia wybraliśmy się do miejscowości Listwianka – która jest miasteczkiem letniskowym Irkucka. Wyglądem przypominała bułgarski kurort komunistyczny. Ze względu na dość późną godzinę wyjazdu zadecydowaliśmy żeby zapłacić 120 rubli (tj. ok 9 zł) i pojechać tam marszrutką z dworca autobusowego. Po godzinie brawurowej jazdy wysiedliśmy nad brzegiem najgłębszego jeziora świata. To co zobaczyliśmy nieco nas zmieszało ponieważ bardziej liczyliśmy na spokojną noc w dziczy a zastaliśmy muzykę na żywo w wykonaniu pani DJ w knajpie pod hotelem – jakości co najwyżej średniej. Na szczęście udało nam się dotrzeć za miasteczko na mały klif i tam rozbić namioty – z dala od wszelkich dźwięków cywilizacji. Po drodze dołączyły do nas 2 psy i po kolacji zdecydowały zostać z nami do rana. Jak się okazało różnica w zmianie czasu była tak duża że nie byliśmy w stanie normalnie funkcjonować. Nikt z nas nie zmrużył oka aż do wschodu słońca – mimo usilnych prób. Już kolejnego dnia rano udało się kimnąć na kilka godzin.

Po śniadaniu, a właściwie obiedzie, dziewczyny poszły sprawdzić jak możemy się wydostać z tego miejsca, a naszym kolejnym celem miała być wyspa Olchon. Kiedy dotarły do portu żeby zapytać o cenę promu który by nam pasował początkowo myślały że to nieporozumienie ale okazało się że jednak nie. Cena rejsu na trasie Listwianka – Olchon to 3200 rubli za osobę. Wobec tego lepszym rozwiązaniem był powrót do Irkucka (120 rubli) i przesiadka w marszrutkę za 800 rubli. Ponieważ takie połączenia ciężko byłoby złapać wieczorem zostaliśmy na jeszcze jedną noc na klifie przy ognisku. Jak się okazało ognisko było nie lada wyzwaniem bo w całym okolicznym lesie nie było kszty drewna. Udało się coś przynieść dopiero kiedy weszliśmy na kilka sosen po suche gałęzie.


Kolejnego dnia wróciliśmy do Irkucka i o 13 udało nam się złapać busika na Olchon. Ta trasa nad Bajkał zdecydowanie zasługuje by o niej wspomnieć. Po ok 150 km krajobraz zaczął się zmieniać i otoczyła nas pustynia. Po 10 minutowej przeprawie promem można było poczuć się jak w innym świecie. To co nas otaczało niczym nie przypominało Rosji jaką widzieliśmy dotychczas. Okolice wraz z wrażeniami jazdy można bardziej przyrównać do rajdu Paryż- Dakar (szofer nie oszczędzał samochodu w żaden sposób). 🙂 Dotarliśmy w końcu do największej miejscowości wyspy – Chużyru.

Tam ( co też nas zdziwiło) kierowca każdego z osobna zawoził w wyznaczone miejsce – do domu, do hotelu czy jak w naszym przypadku w okolice plaży – na której można było rozbijać namioty. Znów miejsce nie za bardzo przypadło nam do gustu ponieważ po horyzont nie było zupełnie wolnego kawałka przestrzeni bo wszędzie w mniejszej lub większej odległości były rozbite namioty. Rozbiliśmy się na wydmie i można by powiedzieć że było prawie jak nad naszym Bałtykiem w Ustce. Piaseczek, wydmy i techno w tle puszczane z samochodu. Jak się okazało było to dla nas mimo wszystko dobre miejsce! Doszliśmy do takiego wniosku, bo „muzyka” wkrótce ucichła i następnego dnia mogliśmy zostawić namiot z całym naszym dorobkiem w środku i pójść zwiedzać wyspę. Obok nas byli przecież imprezowicze, którzy zobaczyliby, że ktoś kręci się przy naszych namiotach.


Rano udaliśmy się w stronę świętych skał – z których słynie ta wyspa. Jednak zatrzymała nas po drodze pobliska kafejka – którą możemy z czystym sumieniem zarekomendować! Pierwszorzędny widok na Bajkał gwarantowany.

Bajkal View Cafe (na zdjęciu powyżej) – bo tak się nazywała – serwuje świetne milkshake’i i bardzo dobrą kawę. W końcu udało się nam dotrzeć do skał. Miejsce bardzo malownicze i przy dobrej pogodzie wygląda naprawdę pięknie. Charakterystyczne dla tego obszaru są kolorowe wstążki i szmatki przywiązywane na drzewach lub drewnianych palach które symbolizują składanie ofiary i są wyrazem modlitwy do lokalnych bóstw. Na ziemi można także dostrzec mnóstwo monet o niskich nominałach, które są także wyrazem ofiary.

Po spacerze po wiosce dowiedzieliśmy się, że nie ma tu bankomatu, a wszystkie punkty w których można płacić kartą pobierają 7% wybranej kwoty jako prowizję. Opłaca się więc wypłacić większą ilość gotówki przed przyjazdem na wyspę. Warto też wspomnieć że nie ma nigdzie darmowej sieci Wi-Fi, a jedyny dostęp do Internetu jest możliwy w kafejce internetowej w cenie 25 rubli za minutę – koszt do 40 minut. Powyżej 40 minut użytkowania Internetu cena wyniesie 20 rub./min.
Następnego dnia też nie mogliśmy odpuścić kawy w „naszej” kafejce.

Po krótkim spacerze udaliśmy się na obiad do knajpy przy głównej ulicy z wystrojem rybackim. Zdania o jakości jedzenia były zróżnicowane. Irminie nie przypadły do gustu ani ziemniaki smażone na głębokim oleju ani barszcz, który w mojej ocenie był całkiem ok. Kaja zamówiła „poses” czyli małe pierożki nadziewane mięsem (ok 40 rubli/szt.) – całkiem smaczne. Tomek wziął szaszłyka jednak tak małego że bardziej wyglądało to jak porcja dziecięca. Ja zamówiłem ziemniaki z oleju z wędzoną rybą na ciepło i pilaf(ryż z mięsem i warzywami). W mojej ocenie bardzo dobry wybór i mogę polecić szczególnie rybkę.

Tomek z Kają udali się do naszego obozu, a ja zabrałem Irminę na krótką przejażdżkę quadem, która dostarczyła nam mnóstwo wrażeń.

Tereny za wioską są idealne do tego typu sportów – sporo szutrów i dróg gruntowych i mnóstwo piaszczystych plaż. Koszt takiej przyjemności to 2500 rubli za godzinę, a przy większej ilości godzin cena może dojść do 2000. Irmina próbowała nawet sama poprowadzić, ale póki co pewniej czuje się jako pasażer.

Następnie kupiliśmy bilety powrotne do Irkucka w cenie 800 rub./os. – warto rezerwować wcześniej ponieważ można dostać je nawet za 505rub/os +180 za bagaż. Ale nam się niestety nie udało. Następnego dnia z rana czekaliśmy już na naszą marszrutkę by wrócić po raz trzeci do znanego nam już Irkucka. Po przeglądzie cen okolicznych hosteli gdzie ceny wahały się od 360rub/os/noc –ale nie było już miejsc do 700 powróciliśmy do naszego wcześniejszego hostelu ( „A-Hostel”) gdzie cena wynosi 500 rub za noc. Tutaj wszyscy odpoczęliśmy i ruszamy dalej do Ułan-Ude!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *