Jeden dzień z życia wolontariusza!

 
 

 Wolontariat

Nasza przygoda z wolontariatem zaczęła się jeszcze w Chinach, kiedy to nocowaliśmy u mojej znajomej Kasi. Zastanawialiśmy się wówczas co zrobić, by wydłużyć wyjazd przy jednoczesnym cięciu kosztów. Wydawałoby się, że najrozsądniejszą opcją – jest podjęcie pracy. O ile w Polsce wiemy gdzie szukać, znamy portale internetowe, kupujemy gazety, pytamy znajomych, o tyle poszukiwanie pracy na Tajwanie wydaje się zadaniem, co najmniej trudnym. Z pomocą przyszła Kasia – użytkownik serwisu workaway.info. Jest to ogólnoświatowa społeczność, zrzeszająca tych, którzy pracę oferują, i tych, którzy tej pracy podjąć się chcą. Wszystko odbywa się jako wolontariat. Organizacje oferujące zatrudnienie, a są to zazwyczaj farmy, szkoły lub hostele, w zamian za pomoc gwarantują wyżywienie i zakwaterowanie. By zostać członkiem serwisu, wystarczy się zarejestrować i dokonać opłaty: 29$ za konto personalne lub 38$ za konto dla pary. W obu przypadkach konto ważne jest przez dwa lata. Moim zdaniem cena nie jest wygórowana, zważywszy na fakt, że przynależność do serwisu daje dostęp do ponad 17 tys. Ofert na całym świecie. Myśę, że jest to doskonała forma spędzania wolnego czasu, sposób na zdobycie nowych doświadczeń i znajomości oraz możliwość nauki języków niewielkim kosztem. Nie trzeba od razu jechać w najmniej dostępne miejsca na świecie i płacić za bilet krocie, warto na początek zdecydować się na wyjazd do naszych europejskich sąsiadów. W naszym przypadku założenie konta na workaway.info było równoznaczne z wydłużeniem naszego tripa i oszczędność kasy. Muszę tu nadmienić, że koszt wyprawy jakii założyliśmy na jej początku, nijak ma się do rzeczywistości. Niestety kraje, w których spodziewaliśmy się niższych cen, były zazwyczaj dużo droższe lub ceny oscylowały wokół polskich wartości. Nigdy nie spodziewałbym się, że w Mongolii puszka konserwy może kosztować 10 zł. Niestety w kraju, w którym niemalże wszystko jest importowane, w zasadzie niskie ceny, pozostają jedynie w sferze marzeń.

                Tak więc 2.09 uroczyście dołączyliśmy do społeczności workaway.info – portalu na którym jest wiele możliwości, by znaleźć wolontariat. Było to zaraz po tym, jak nasza stopa, stanęła na tajwańskim lądzie. Zmęczeni już nieco podróżą postanowiliśmy wnieść w naszą codzienność, coś zgoła innego. Z szesnastu ofert na Tajwanie, przykuły naszą uwagę te, które dotyczyły pracy na farmie, głównie ze względu na charakter pracy jak i na fakt, iż miejsca te położone są z dala od większych ośrodków miejskich. Nasz wybór padł na ekofarmę „Ananda Suruci” nieopodal Tainan. Jest to miejsce prowadzone przez mistrza jogi – Dadę. Całe miejsce miało charakter nieco mistyczny. Rano, przy dźwiękach gitary, dało się słyszeć śpiewy uczestników kursu jogi. Przyjemnie wówczas zaczynało się pracę. A zaczynaliśmy bardzo wcześnie, bo o 6 rano. Wszystko to ze względu na bardzo wysoką temperaturę w ciągu dnia. Wolontariat polegał na tym, że pracowaliśmy 6 godzin dziennie. Trzy godziny rano i trzy godziny po południu.

 

Do naszych obowiązków należało koszenie trawy w ogrodzie, serwis systemu nawadniającego, przewóz materiałów budowlanych na terenie farmy, wykończenie projektu ekodachu oraz otwieranie kokosów, gotowanie i mycie okien. Apropos kokosów. Droga do naszego miejsca zamieszkania wiodła wśród lasu palm kokosowych, które niemalże codziennie próbowały nas zabić lub przyprawić o zawał serca w nocy, gdy kokosy uroczyście spadały na dach naszego domu. Około godziny 11 osoby wyznaczone w grafiku, udawały się do kuchni by przyrządzić strawę dla wszystkich mieszkańców farmy. Zapomniałem dodać, że centrum jogi to miejsce, które powinni omijać maniakalni mięsożercy, bowiem tamtejsza kuchnia, to kuchnia wegańska. Czyli pozbawiona produktów pochodzenia zwierzęcego. Nie ma mleka, sera, jajek i tym bardziej kawałeczka mięsa, nawet najmniejszego. Ja z Pawłem, niestety doczytaliśmy o tym fakcie nieco za późno… tuż po tym jak pozytywnie rozpatrzono naszą aplikację. Jednak złego słowa nie powiem, mimo tego, że tęskniłem za mięsem. Wegańskie jedzenie dawało mi wystarczająco dużo energii aby przetrwać trudy i znoje pracy. Nawet nie schudliśmy. Mogliśmy jeść do woli to, w co zaopatrywali lodówki gospodarze. Zawsze pod dostatkiem mieliśmy warzyw i owoców, z których codziennie przygotowywaliśmy coś pysznego. Jedynie monotonia była mankamentem. Brakowało nam już pomysłów na lunche i obiady, ale to chyba dlatego, że jesteśmy mięsożercami i nie mamy zielonego pojęcia co jeszcze można wyczarować z chwastów.

 

O godzinie 14.30 wracaliśmy do pracy jeszcze na trzy godziny. Nie było już tak upalnie i całkiem przyjemnie się pracowało. Po wykonanych obowiązkach, mogliśmy skorzystać z wieczornych lekcji jogi, prowadzonych przez doświadczoną manager ośrodka. W świetle jarzących się świec i przy nastrojowej muzyce wypoczywaliśmy i medytowaliśmy po ciężkim dnui.

 

Gdy tylko nabraliśmy sił, znowu składaliśmy wizytę w kuchni, by wraz z pozostałymi wolontariuszami przygotować kolację. Bardzo pozytywny aspekt tego miejsca. Kuchnia była ogromna i dobrze wyposażona, co dobrze służyło w umacnianiu naszych relacji z pozostałymi. Bardzo ciepło wspominamy naszą farmę i mimo ciężkiej pracy, walki z wszechobecnymi komarami, cieszymy się, że właśnie tam spędziliśmy nasz czas. Po dwóch tygodniach pracy opuściliśmy farmę, podnieśliśmy kciuki na autostradzie i radośnie ruszyliśmy dalej… by delektować się zasłużonymi wakacjami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *