Niebezpiecznym szlakiem na południe Chin

 

 Droga do Xi’an istotnie była bardzo długa. Podróż, którą zaplanowaliśmy na dwa dni, rozciągnęła się, a jakże, do trzech. Na szczęście jeden dzień poślizgu spowodowany był wizytacją miejsca, do którego w ogóle nie planowaliśmy jechać. Ale wszystko po kolei. Spod Pekinu zabrała nas urocza, starsza już para ludzi. Swoją drogą poszli nam bardzo na rękę i zabrali nas we czwórkę, czyli jak łatwo policzyć w pięcioosobowym aucie znalazło się sześć osób, co skutkowało tym, że musieliśmy się nieźle skompresować na tylnej kanapie. Ale daliśmy radę, a stop ten należał do jednych z dłuższych na naszym tripie. Na pytanie jak daleko nas podrzucą, odpowiedzieli nam, że około 600 km. Więc radość przez łzy :p W międzyczasie kierowca zaproponował nam nocleg w miejscu, które dopiero wykupił i chce remontować ale zapewnił nas jednocześnie, że pokoje są schludne i czyste. Nie zastanawialiśmy się i od razu się zgodziliśmy. Na miejscu okazało się, że owe miejsce jest niczym innym, jak zamkniętym domem publicznym. No cóż darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, a fajnie było się zobaczyć w sufitowym lustrze, jak tylko otworzyło się oczy.

Liczymy też na to, że nasz kierowca przerobi pokoje rozkoszy na te zwykłe… hotelowe. W każdym razie człowiek z sercem na dłoni, rano zabrał nas na pyszne śniadanie, a później zapewnił nam wyjazd z miasta i dojazd, nie gdzie indziej, jak do pobliskiego klasztoru Shaolin w miejscowości Dengfeng. Chciałbym w tym miejscu jeszcze nadmienić, że chińscy kierowcy – to straszni kierowcy. Jazda na długich, mruganie, trąbienie i zajeżdżanie drogi to nic dziwnego. Jazda na czteropasowej autostradzie, po linii oddzielającej pasy także nie budzi niczyich zastrzeżeń, nawet policji. Generalnie funkcjonuje prawo większego. Ale wróćmy do sławnych chińskich wojowników. Wejściówka wyniosła nas 100 RMB od łba, czyli dokładnie 62 zł. Była to nasza druga sławna atrakcja w Chinach, i o ile na Mur Chiński zobaczyliśmy od tej nie turystycznej strony, o tyle klasztor zwiedziliśmy razem z tysiącami innych ludzi.

  Na stronie LosWiaheros wyczytaliśmy, że to tłoczne i komercyjne miejsce i rzeczywiście tak było. Co chwila jakaś budka z jedzeniem i napojami, zdjęcia do wywołania w pięć minut i mnóstwo krzykaczy, którzy zachęcają do kupna jakiś śmiesznych drobiazgów. Ale mimo tego wszystkiego… podobało się nam. W woni buddyjskich kadzideł poczuliśmy nawet ducha sprzed kilku stuleci. W dodatku okrzyki młodych trenujących mnichów były tak autentyczne, że nie dało się przejść obok tego obojętnie. Przeszło nam nawet przez myśl, że Chiny produkują tu całkiem sporą armię. Widzieliśmy nawet co potrafią. Wyginanie metali, przebijanie szkła szpilką i roztrzaskiwanie betonu i żelastwa na głowie, to dla nich codzienność. Czy to fake i iluzja, pozostawiamy to do rozpatrzenia przyszłym podróżnikom.

                Po wizycie u mnichów, ruszyliśmy dalej, by na wieczór dotrzeć do naszego celu – Xi’an. Miasto to słynie z Armii Terakotowej, która była w naszych planach, jednakże najbardziej chcieliśmy udać się do pobliskiego Huashan, by przejść najniebezpieczniejszy szlak świata, czyli kilkunastocentymetrową deseczkę przytwierdzoną do skały. Lecz, żeby się tam udać chcieliśmy najpierw trochę wypocząć. Udało nam się to zrobić w pięknym apartamencie w centrum miasta, dzięki gościnności użytkownika Couchsurfingu. Niesamowite jak ludzie potrafią ufać sobie nawzajem. Właścicielka mieszkania, w ogóle tam nie mieszkała i zostawiła nam klucze w sekretnym miejscu, tak abyśmy po dostarczonych wskazówkach mogli je znaleźć. Kobieta nas na oczy nie widziała i oddała nam do dyspozycji naprawdę luksusowe lokum. Postanowiliśmy w Xi’an zabawić trochę dłużej.

Ruszyliśmy w miasto i szybko się okazało, że podoba nam się dużo bardziej jak Pekin. Tego typu miasta nazywamy – miastami z duszą. Wszędzie dało się czuć pozytywną atmosferę, idealna dla takich lekkoduchów jak my. Z naszego planu jednak, wykreśliliśmy Armię Terakotową. Po doświadczeniach z Zakazanego Miasta i Shaolin, stwierdziliśmy, że nie chcemy płacić za coś i nie mieć z tego żadnej przyjemności. W zamian za to powłóczyliśmy się i zgubiliśmy się w uliczkach islamskiego targu. Tam nawet tłok ludzi nam nie przeszkadzał. W powietrzu unosił się zapach pieczonego mięsa, owoców morza i świeżych owoców. Kobiety ubrane w tradycyjny hidżab, mnóstwo kolorów, muzyki, pozytywnego gwaru i aromatu przypraw. Z Xi’an najbardziej polecamy wizytę właśnie w tym miejscu. Targ znajduje się zaledwie 200 metrów na zachód od głównej dzwonnicy miasta. Wieczorem warto też się wybrać na pokaz fontann. Jak zawsze tysiące ludzi ale jak stanie się odpowiednio wcześnie, to jest szansa, by cieszyć się tryskającymi strumieniami wody.

                Po eksploracji miasta, nadszedł czas na gwóźdź programu. Huashan, z jego sławnym szlakiem, znajduje się 100 km na zachód od miasta i można dostać się tam samochodem, autobusem lub pociągiem. My wybraliśmy ostatni środek transportu i tu uwaga. Chcieliśmy skorzystać ze słynnej, szybkiej, chińskiej kolei. Niestety pomyliliśmy dworce :p Pamiętajcie! Szybka kolej ma swoje, specjalne stacje i całą swoją infrastrukturę! Ponad to, bilet na fast treina jest dużo droższy, niż na zwykły pociąg. Dla przykładu bilet z Xi’an do Huashan na szybką kolej, to wydatek rzędu 60 RMB, natomiast osobowy kosztuje w granicach 20 RMB. Trzy razy taniej, ale też trzy razy wolniej. Szybki pociąg dystans 100 km pokonuje zaledwie w 32 minuty! Robi wrażenie, niestety na nas wywarło jedynie na rozkładzie jazdy. Co do samego szlaku. Z miasta Huashan należy udać się do kas biletowych, które znajdują się jakieś 10 km od miasta. Do wyboru taksówka za około 40 RMB lub autobus za 3,5 RMB. Wiecie czym pojechaliśmy :p szlak znajduje się na szczycie góry i  można się na niego dostać w dwojaki sposób, piechotą lub kolejką. Druga opcja, dla bardziej leniwych, wiąże się z wyższymi kosztami i przejazd w obie strony, przejście szlakiem to koszt, dla osoby dorosłej, w wysokości około 500 RMB. Czyli 300 zł. Czyli nie dla nas. Wybraliśmy opcję pierwszą z dwóch przyczyn: zapłaciliśmy jedynie 70 zł, a po drugie zdobycie szczytu na piechotę lepiej smakowało. Wybierając opcję pieszą mamy tutaj znowu dwie opcje. Wejście na szczyt za dnia lub nocą. Wybraliśmy opcję drugą z uwagi na niższą temperaturę. Spodziewaliśmy się też mniejszej ilości ludzi, chcieliśmy zobaczyć wschód słońca, a do tego nakręcił nas widok sprzedających latarki chińczyków, co wg. nas wiązało się z niezapomnianą przygodą. O 23 stawiliśmy się u bram Parku Narodowego Huashan i się zaczęlo… rozczarowanie.

Okazało się, że na szlaku jest całe mnóstwo ludzi, a na szczyt wiedzie wybrukowana, usłana 6500 schodami, oświetlona ścieżka. Jak żyć? Gdzie ta dzicz i przygoda, której się spodziewaliśmy? Z naszych założeń, jedynie temperatura spełniła oczekiwania. Nasze nieprzyjemne odczucia potęgowało dodatkowo zachowanie innych turystów. Co chwilę, jakiś Chińczyk wydawał z siebie wojowniczy okrzyk, po czym grupka innych Chińczyków, 300 metrów wyżej, radośnie mu odpowiadała. Taka zabawa. Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Najgorzej było, gdy działo się to tuż, przy moim uchu. Jeśli szukasz ducha gór – pojedź w mongolski Ałtaj lub chociażby w nasze Rudawy Janowickie, w Huashan go nie znajdziesz. Udało nam się dotrzeć na wschód słońca na szczyt, lecz niestety wszędobylski chiński smog nie pozwolił cieszyć się widokiem. Apropo’s niebo w całych Chinach spowija toksyczny smog. W mieście nie widać czasem wierzchołka wieżowca. Na autostradzie podobnie, czasem nie widać horyzontu. Podobno właśnie przez smog, wiele Chinek nosi parasole by chronić się przed promieniami słonecznymi, padającymi przez toksyczną chmurę. Po krótkiej drzemce udaliśmy się na Cliffside Path.

Żeby wejść na niebezpieczną ścieżkę stanęliśmy w kolejce, tak w kolejce na szczycie góry. Odczekaliśmy 30 min i stanęliśmy w korku już na samym szlaku. Okazało się, że ruch jest dwustronny! Ponad to, na wejściu dostaliśmy uprząż, którą należy często przepinać ze względów bezpieczeństwa co w głównej mierze przyczyniało się do powstawania zatorów. Teraz wniosek: jak by źle nie było, ile byśmy schodów nie pokonali to szlak warto zobaczyć. Stojąc na lichej deseczce i mając pod sobą kilometrową przepaść w dół, dostaliśmy całkiem spory zastrzyk adrenaliny. I oto chodziło! Czasem warto poświęcić swoje oczekiwania, by w zamian dostać tak cudny widok i taką dawkę emocji. Wcześniej pisałem, raczej w negatywnym tonie, lecz nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się wrażeniami, takimi jakimi były w rzeczywistości. Nie ma co czarować, że Chiny to piękny kraj ale zaludniony najbardziej na świecie. I nie można spodziewać się pustek w najbardziej znanych atrakcjach. Dodam jeszcze tylko, że  najniebezpieczniejszy szlak świata niebezpieczny jest tylko z nazwy i historii, dla przykładu, znaleźliśmy się tam z siedemdziesięcioletnim mężczyzną w sandałkach i czternastoletnim chłopcem. Lecz w dalszym ciągu nie można go lekceważyć, bo co roku dalej giną na nim ludzie.  Podsumowując. Sam szlak polecam, niestety trzeba nastawić się na tłum ludzi. Kto wie, może gdybym wszedł do parku z innym nastawieniem, może wyglądałoby to inaczej. Choć nie wiem czy kiedykolwiek będę w stanie zagłuszyć w sobie chęć do poszukiwania miejsc dzikich i odludnych.

One thought on “Niebezpiecznym szlakiem na południe Chin

  1. Super widoki – byłem na podobnej podróży ale w Słowackim raju. Też pamiętam, że szło się obok niebezpiecznych skarp – a tym bardziej po deszczu. W Chinach to zwiedzałem rzeczy bardziej przyziemne – http://ctpoland.com.pl/wycieczki/trasa-prezydencka – z biura podróży to musi być niego bezpieczniej, ale i tak miło wspominam. Pekin, Hongkong … Polecam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *