Ostatnie dni w Mongolii!

 
 

Ostatni dzien w Mongolii (jak nam się wydawalo) rozpoczęliśmy od śniadanka na terenie przedszkola i wizycie we wspomnianej już wcześniej restauracji z dostępem do internetu. Jednak w pewnym momencie przyszedł do nas chyba najmłodszy z ekipy personelu (rzucony na pożarcie przez klientów, czyli nas). Przyszedł żeby nam oznajmić ze pomieszczenie w którym się znajdujemy (VIP Room) jest płatne 5000 za godzinę czyli jakieś 9 zł. Poprzedniego dnia zabawiliśmy tam ładne 3h a teraz kolejne 2… Młody łaskawie oznajmił łamanym angielskim, że nie musimy płacić za wczoraj, ale za dziś należy się już 10000. Trochę to mną wzruszyło, bo nikt nam wcześniej nie mówił o opłacie. Po dłuższej wymianie zdań w języku polsko-mongolsko-angielskim wspieranym dodatkowo migowym udało się uniknąć opłaty za pokój. Jednoczenie oznaczało natychmiastowe opuszczenie go. Wyszliśmy łapać stopa z którym pojedziemy prosto do Chin! Niestety nie było to takie łatwe. Granica znajdowała się ok 300 km dalej, a my byliśmy w sercu pustyni. Po kilku propozycjach podwózki za pieniądze udało się nam zatrzymać właściwego człowieka, który zabrał nas 100 km nie oczekując niczego w zamian. Okazało się, że droga oznaczona na naszych mapach to lity step, a nasz kierowca nie ma zamiaru się tamtędy poruszać. Nadrobiliśmy kilka km asfaltem, żeby niespodziewanie wpaść na step w innym miejscu. Jak oni odnajdują miejsce w którym nagle trzeba skręcić? Żadnego drogowskazu, czy drzewa albo nawet kamienia, który by podpowiadał że to tu…. W każdym razie znaleźliśmy się na stepie, który później zmienił się w drogę gruntową.

Z czasem pojawiały się tam nawet ciężarówki. Nie mam pojęcia skąd i po co wielkie Tiry jeżdżą po środku stepu. W pewnym momencie nasze autko – toyota przypominająca z wyglądu Mondeo- zaczęła wydawać bardzo niepokojące dźwięki z tylnego koła. Kierowca początkowo się nie przejął, ale w końcu trzeba było stanąć. Nie wiadomo skąd pojawił się też obok nas niezniszczalny Uaz (busik). Po czym kierowcy zaczęli bawić się w mechaników. Trzeba przyznać, że z tym sprzętem i w takich warunkach szło im fenomenalnie. Zdjęli koło, rozkrecili hamulce, potem złożyli wszystko z powrotem i problemu jakby nigdy nie było – a wszystko w 15 min. Zaladowalismy się do auta: my z 4 dużymi plecakami i kierowca z żoną i w podskokach popedzilismy dalej. Przejechaliśmy zdaje się przez sam środek burzy piaskowo – pyłowej i dojechaliśmy do mieściny Tsogsetsii. Z tego miejsca juz tylko długa prosta do granicy! Próbowaliśmy złapać stopa z Irminą, a jak już się udało( po jakiś 20 min )okazało się ze Sarna z Kają są na rutynowej kontroli policji połączonej z udzielaniem rad. Okazało się że jest piątek i o godzinie 17 zamykają przejścia graniczne w całej Mongolii, aż do poniedziałku rano (9:00). Nie ma opcji żeby zdążyć. Jest ponoc jedno czynne w weekend ale policjanci słysząc jego nazwę tylko się roześmiali. Poza tym było daleko. Na szczęście w międzyczasie facet, który początkowo chciał nam jakoś pomóc zaproponował, że zabierze nas do siebie, da pić i jeść. Te argumenty przemówiły do nas. Po załatwieniu formalności na policji, czyli oddaniu paszportów do spisana, pojechaliśmy z Zolboo.

Dowiózł nas tak jak mówił do swojego obozu. Jak się okazało była to baza firmy transportowej i parkowało tam ok 50 tirów. Zostaliśmy zakwaterowani w jednej z 20 jurt,  która chyba była przeznaczona dla gości, bo była wyposażona w telewizor i ogólnie bardziej zadbana.

Niedługo po przyjeździe dostaliśmy obiad. Jak dla nas chyba wszystkich danie idealne – podsmażony ryż z ziemniakami marchewką i kawałkami mięsa. Serwowane także z mocno zabieloną bawarką. Po dłuższym czasie diety opartej na kanapkach i zupkach chińskich było to coś przepysznego, może wyłączając słonawą bawarkę. Myśleliśmy, że zostaniemy w obozie do poniedziałku- kiedy to będziemy mogli ruszyć do granicy. Ale kilka godzin później Zolboo odwiedził nas przynosząc nam kolacje w postaci poses(jak to się nazywa po mongolsku? ), czyli czegoś co przypomina pierogi z mięsem z tym, że w kształcie stożka zakreconego u góry. Jedząc je gorące są ok, natomiast zimne to już problem. Generalnie szału nie ma. Zolboo zaproponował nam mini wycieczkę w pobliskie góry, gdzie można zaobserwować coś na kształt barana albo jakiejś kozicy górskiej- nie wiem bo nie widzieliśmy . Wszystko tłumaczył nam za pomocą najlepszej metody przekazu – rysunków , umówiliśmy się i poszliśmy spać. 

Nastepnego dnia po obiedzie ,po chwili leżakowania, Zolboo dał nam znak do wymarszu i chwile później jechaliśmy już w góry. Daleko nie było – może 20 min jazdy. Krajobraz jednak zupełnie się zmienił. Wcześniej był to po prostu step, a teraz nagle góry stały się miejscem bardzo zróżnicowanym i w miarę zielonym. Dodatkową dla nas atrakcją było samo dotarcie na miejsce- zupełny offroad- czasem stepem, czasem wyschnietym korytem rzeki, by w końcu dotrzeć do przytulnej kotlinki. Tam właśnie rozpoczął się nasz grill i prócz mięsa z ryżem i sałatą zostaliśmy poczestowani Czyngis Hanem, czyli tutejszą wódką – raczej z górnej półki. Zolboo zabrał ze sobą synka i kolegę.

Kilka kolejek wcale nie przeszkodziło im wrócić do domu samochodami. My zostaliśmy na noc w górach, żeby z rana zobaczyć barany(albo coś podobnego). Ponieważ nie zerwaliśmy się o świcie nikt barana nie widział, ale za to mogliśmy się wyspać. Rano zanim po nas przyjechał ( pewnie po kontynuacji wieczoru z kolegami ) mieliśmy okazję zobaczyć okolicę – góry, jaszczurki, a nawet węża. 
Przyjechał nas odebrać i wróciliśmy do obozu idealnie na 13. Znów dostaliśmy obiad. Tym razem w postaci wielkich kości z mięsem wokół, kilku ziemniaków i sałaty. Dziewczyny przerażone kawałkami świni leżącymi na naszych talerzach zajęły się wegetarianską częścią dania. Natomiast ja z Sarną powoli, ale konsekwentnie staraliśmy się dorównać tubylcom w oskubaniu dokładnie wszystkiego z kości. Kiedy jednak oni zaczęli łamać kości i wysyłać ich zawartość, czy wyciągać z fragmentu kręgosłupa rdzeń kręgowy po czym ze smakiem go przeżuwać -odpuściliśmy. 
Po chwili poobiedniej drzemki zostaliśmy zawiezieni na drogę do granicy i zaczęliśmy łapać stopa. Pomogli nam pracownicy bramek(takich do opłaty za drogę ). Zostaliśmy zgarnięci przez jeepa w którym jechało 4 facetów. Wcale nie przeszkadzało to żeby zmieścić kolejne 4 osoby i dodatkowo ich bagaże. Kiedy dowiedzieli się że nie mamy kasy – zawiedli się ale pozwolili zostać. To była jedna z moich gorszych podróży. Ciasno, gorąco i śmierdząco. Ale do przodu. Wysiedliśmy wieczorem, 20 km przed granicą. Tam zatrzymali się w oczekiwaniu na jej otwarcie.

  Robiliśmy namioty i poszliśmy poprosić o wodę ludzi z pobliskich jurt. W jedynej zamieszkałej jurcie zaproszono nas od razu do środka i na wstępie dostaliśmy po miseczce herbaty i po cukierku. Potem jeszcze do 2 butelek gospodyni nalała nam całą herbatę jaką miała zaparzoną w domu. Wody akurat nie mieli. Jak się okazało, zupka chińska zalana herbatą smakuje równie dobrze jak ta z wodą. 
Kolejnego dnia w końcu dotarliśmy do granicy! Po wyjściu z samochodu, który nas podwiózł nie musieliśmy robić absolutnie nic.

Pani z sąsiedniego auta sama się nami zainteresowała i wsadziła nas do samochodu który był drugi w całej kolejce. Do tej pory wszystko było lepiej jak dobrze i za chwilę mieliśmy już być w Chinach- już trochę wyczekiwanych. Poszliśmy do okienka żeby dopełnić formalności, jednak w drodze zatrzymał nas celnik,  który oznajmił nam, że to przejście jest tylko dla chińczyków i mongolow- nie dla obcokrajowców, nie dla nas! Chwile wcześniej zartowalismy właśnie w ten sposób, że nie uda nam się tutaj przejść. Niestety stało się to rzeczywistością.  Celnik poszedł porozmawiać z odgórnymi czy jest możliwe przepuścić nas tym przejściem granicznym. Kiedy wrócił powiedział: im sorry, you cant pass this port. Próbowaliśmy wziąć go na litość: nie mamy mongolskich pieniedzy, jedzenia, ani picia. Była to prawda, tyle że w kieszeni mieliśmy karty kredytowe za które można było to wszystko kupić.  Problem był taki, że nie bardzo było gdzie. Dostaliśmy wodę od celnika i życzenia dobrej podróży. Tak więc chiny oddalily  się o 2 dni drogi i koło 1200 km. Dzięki temu poraz trzeci mogliśmy jechać do naszej ukochanej stolicy, gdzie ukradli nam aparat. Wszystkie drogi prowadzą do ulan bator. Na szczęście szybko zlapalismy stopa i pojechaliśmy do miasta. Nasz  kierowca postawił nam pyszny obiad.  Mój pierwszy posiłek od rana. Niestety zupka chińska na herbacie dla mnie nie była najlepszym rozwiązaniem na śniadaniem- Irmina. Jestem najbardziej wybredna ze  wszystkich jeżeli chodzi o jedzenie. Cóż, dopóki nie będę naprawdę głodna chyba nic z tym nie zrobię. Po obiedzie udało nam się pojechać autobusem do ulan  bator za darmo. Wieczorem dojechaliśmy do miejscowości pod stolica, gdzie wysiedlismy i rozbilismy namioty. Nazajutrz próbowaliśmy dojechać do granicy jednak droga nie była aż  tak uczęszczana przez samochody.

Dojechaliśmy 200 km od Chin. Zatrzymaliśmy się tutaj w hostelu. Było to dla nas niezbędne. Prawie 6 dni bez prysznica to już wynik. Tym bardziej, że temperatury przez  ostatnie dni nie rozpieszczaly nas. W tym samym czasie kiedy my znaleźliśmy hostel, sarna zablokował swoją kartę w bankomacie. Znowu problem.  Myślę, że mongolia nie chciała nas wypuścić,  albo chiny wpuścić. Na szczęście rano sarna poszedł do banku i udało mu się odzyskać karte:) po śniadaniu wysuszylismy niby wyprane  rzeczy i pojechaliśmy łapać stopa do Chin. Udało się na jeden raz. Teraz tylko papierologia i przywitamy nowy kraj!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *