Południe Chin

 
 
 

 

Z gór Huashan ruszyliśmy na południe do nowo obranego celu, którym był Park Narodowy Chin w którym kręcone były sceny do filmu Avatar. Mieliśmy do pokonania ponad 1000 km. W naszej ekipie zaszły zmiany personalne, ponieważ Kaja musiała wracać do Polski. Pożegnaliśmy ją jeszcze w Xi’an skąd pojechała na samolot do Pekinu. Z przesiadką w Kijowie dotarła do Berlina, skąd już blisko do domu. Z tego powodu nasz sposób poruszania też się zmienił. W miarę możliwości próbowaliśmy łapać takie samochody, które mogły zabrać nas we 3. Ruszyliśmy ochoczo – liczyliśmy że 2 dni na tą trasę powiny wystarczyć. Jak to zwykle bywa – nasze oczekiwania zostały szybko zweryfikowane. Z bramek wjazdowych na autostradę udało się złapać stopa na pierwszą stację benzynową na autostradzie a to oznaczało dużo lepszą pozycję startową. Zawsze lepiej wyjść do ludzi.  Wtedy przełamuje się pierwsze bariery i jak już przy rozmowie pojawia się uśmiech, ze względu na inny język czy wygląd, to szanse na podwózkę są spore. Tak też było u nas. Po przepytaniu kilku kierowców czy jadą w naszym kierunku jeden z nich  powiedział że jedzie do Luoyang. Jechał z żoną i zgodził się zabrać nas wszystkich, tzn całą trójkę. Tak pokonaliśmy ok. 250 km i wylądowaliśmy na autostradzie przy zjeździe do miasta. Nie było to najlepsze miejsce bo większość kierowców jechała właśnie do tego miasta. Spędziliśmy tam prawie 1,5h. Ale dzięki temu zjedliśmy jedne z najlepszych winogron w życiu.

 

Dostaliśmy je od chłopaka który zrywał je w winnicy usytuowanej jakieś 50m od nas. W końcu udało się! Ktoś się zatrzymał. Wytłumaczyć kierowcy o co nam chodzi czasami nie jest łatwo. Próbujemy za pomocą translatora, pokazujemy miejsce na mapie, machamy rękai ale nie zawsze wiedzą co chcemy. Tym razem się udało, bo kierowca zadzwonił do znajomego, który znał angielski. Przy pomocy tłumacza powiedział że bardzo chce nam pomóc ale jedzie tylko kilka km dalej. Okej – może tam będzie lepsze miejce do stopowania – jedziemy! Okazało się jednak że nie za bardzo. Ponieważ było już po 19 i słońce chyliło się ku zachodowi stwierdziliśmy że po ciemku i tak się nikt nie zatrzyma i spróbujemy jutro z rana. Tymczasem trzeba się gdzieś przekimać. Nocki tuż przy autostradzie nie należą zwykle do najlepszych, ze względu na hałas. Ale tym razem udało się znaleźć dobre miejsce i nie było aż tak źle. Rano pełni optymizmu próbujemy znowu. Wynik mierny. W końcu mija nas radiowóz policji i zatrzymuje się jakieś 200m dalej. Jak tylko stanął mieliśmy różne myśli -z jakiego powodu? i co robimy w takiej sytuacji? Ale jak włączył koguty i zaczął zawracać i jechać pod prąd w naszym kierunku stwierdziliśmy że okej – zostajemy i zobaczymy co się stanie. A jak nas stąd zabiorą to też spoko bo i tak nie możemy nic złapać od dłuższego czasu. Tak właśnie się stało. Pzyjechało dwóch policjantów i na migi pokazali żeby wsiadać. Rozmowa była trudna. Głównie ze względu na bariery językowe ale doszliśmy do wniosku że chodzi im o to że nie możemy łapać stopa w tym miejscu bo to niebezpieczne. Podwieźli nas do najbliższego zjazdu gdzie pokazali bramki do wjazdu na autosttradę, które są wg nich dużo lepsze do stopowania po czym odjechali życząc powodzenia. Nie było to lepsze miejsce. Spędziliśmy tam kolejne 2 godziny. Ze względu na nasz wygląd i nie skośne oczy dużo osób interesowało się nami – głównie z obsługi bramek czy kierowcy z pobliskiego parkingu ciężarówek. W końcu jeden odważny postanowił zagadać w języku migowo-chińskim i dwoma słowami po angielsku. Dostaliśmy zapas wody i gotowane jajka. Bardzo chciał nam jakoś pomóc i jak już dowiedział się po co wymachujemy rękami i chcemy zatrzymać każde przejeżdzające auto sam nawet próbował tłumaczyć kierowcom żeby nas zabrali. W końcu wpadł na pomysł że policja nam pomoże! Nasze argumenty że my już z policją gadaliśmy nie skutkowały. Wezwał ich i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Znów policja. Przyjechał młodziak który zbytnio nie wiedział o co chodzi i jak się ma zachować. Zapisał coś w swoim zaszycie i odjechał. Tyle pomocy mieliśmy. Ale to nie koniec jak sie okazało. Przyjechał za chwilę inny radiowóz i inny policjant z nasym młodziakiem. My zostaliśmy zabrani do budynku gospodarczego bramek i znów zaopatrzeni w wodę i chleb. Bardzo miło się zrobiło. Policja wymyśliła ze zabiorą nas na posterunek. Na miejscu była już jedna osoba która mówiła po angielsku. Pierwsze jej pytanie brzmiało: W czym problem? bardzo się zdziwiła jak powiedzieliśmy że my nie mamy z niczym problemu i czy mogą nas odstawić spowrotem na bramki. Próbowali nam jakoś jeszcze pomóc ale w końcu powiedzieli że nie mogą nas odwieźć bo policjant który nas zabrał jest na służbie i nie może nas tak ciągle wozić. No cóż podziękowaliśmy i poszliśmy pieszo na autostradę z centrum miasta. Chińskie miasta nie należą do małych więc po chwili doszliśmy do wniosku że musimy wziąć taksówkę albo skuterek z bagażnikiem. Będąc w centrum nie mogliśmy przepuścić okazji do tego żeby zjeść coś dobrego i taniego w knajpce i zrobić zapasy na podróż. Po tym złapaliśmy tuk-tuka który za 15 Y zawiózł nas na bramki – inne tym razem. Tu znów brak efektów. Dzięki temu przez cały dzień przejechaliśmy może z 10 km? Ale taka jest właśnie jazda stopem. Nocka w parku i kolejny dzień zaczął się lepiej. Udało się nam złapać podwózkę na najbliższą stację benzynową na autostradzie. Stąd poszło już dużo lepiej. Dotarliśmy prawie do Changde. Prawie – bo Tomek dotarł tam jako pierwszy a ja z Irminą musieliśmy przenocować 100 km przed. To był bardzo dobry nocleg ponieważ jak to zwykle bywa dużo osób zainteresowało się nami i momentalnie pojawiło się z 15 osób chcących pomóc. W tym właściciel całej stacji łącznie z restauracją i strażnicy stacji. Właściciel powiedział że jeśli jesteśmy głodni to możemy zjeść u niego za darmo. Strażnicy powiedzieli że mają swoją kanciapę, ale w nocy i tak muszą pracować więc możemy się tam przespać. Byliśmy aż zawstydzeni ilością pomocy, którą nagle dostaliśmy. Zjedliśmy super kolację i poszliśmy do wskzanego pokoiku z klimatyzacją.

W tym samym czasie Tomek dotarł do Changde. Ale żeby nie było mu za łatwo, miał sporo przygód z pracownikami bramek. Powiedziano mu, że to niebezpieczne miejsce i nie może tam przebywać. Ale był pozytywny akcent ponieważ pracownice bramek postanowiły odwieźć go na stację kolejową postawiły mu jedzenie i bilet do celu.

Rano chcieliśmy jak najszybciej złapać stopa żeby nie angażować obsługi i właściciela stacji po raz kolejny, ale nie udało się. Jak tylko wstaliśmy – zostaliśmy zaproszeni na śniadanie po raz kolejny za darmo. I tym razem full wypas. Tym sposobem wyspani i najedzeni łapaliśmy stopa. Na pewno udało by się wkrótce, ale znów zatrzymali się policjanci. I znów to samo. Tłumaczenie kim jesteśmy i co chcemy. Jedno szczęście że policjant mówił łamanym angielskim.

Tym razem nie mogli nas zgarnąć bo byliśmy przecież na bezpiecznej stacji. Chcieli nam pomóc ale nie mieli zbytnio jak wiec zaproponowali nam że możemy posiedzieć u nich w samochodzie bo tam jest klima. Grzecznie podziękowaliśm i poszliśmy łapać dalej. Widocznie musieli zgłosić to do centrali bo w ciągu 15 min przyjechały jescze 2 radiowozy i zacząło się na dobre po raz kolejny. Z 8 policjantów i kolejnych 10 gapiów próbowało znaleźć jakieś rozwiązanie dla dwójki polaków którzy jadą do parku narodowego. W końcu jakaś kobieta z tłumu powiedziała że może nas zawieźć do Changde na pociąg! Policjanci chyba chcieli się bardziej wykazać i najstarszy z nich (wyglądał na szefa) powiedział jej że nie trzeba i że oni się nami zajmą. Wydelegował dwóch młodych którzy nawet nawet radzili sobie z angielskim, dał im najlepszy samochód typu pick up i polecił im zawieźć nas ponad 100km do miejsca gdzie złapiemy stopa.

 

Jaki się później okazało policjanci dostali też polecenie żeby złapać stopa dla nas! W trakcie podróży pogawędziliśmy sobie o podróżach o Polsce, Chinach itp. Przyjechaliśmy na jakiś parking z restauracją i policjaći mówią coś w stylu:” zostańcie w samochodzi bo na zewnątrz jest gorąco, my załatwimy wam transport”. Chcieliśmy im powiedzieć że poradzimy sobie ale nie było dyskusji bo „to jest ich praca”. Po chwili wrócili z uśmiechem i powiedzieli że udało sie! Zatrzymali nam najnowsze BMW z rodzinką. Nikt nie mówił oczywiście po angielsku, ale kierowca zadzwonił do swojej córki i z jej pomocą udało się chwilę porozmawiać. Zostaliśmy zaproszeni na super wystawny obiad po czym odwieźli nas pod samą stację kolejki która zawozi turystów na szczyt góry Taimen w miejscowości Zhangjiajie.

 

Cena była tam bardzo wysoka rzędu 300Y za wstęp i kolejkę. Z pewnością jest to piękne miejsce ale po doświadczeeniu z Huashan zdecydowaliśmy że przeżyjemy bez obejżenia tej góry. Pojechaliśmy w miejsce znane  folmu Avatar. Z centrum miasta autobus kosztuje 10Y. Ponieważ było już późno chcieliśmy wejść kolejnego dnia z rana, bo bilet jest ważny 4 dni od daty wejścia. Szukając miejsca pod namiot zagadnęła nas pani naganiacz i namówiła nas na nocleg u niej w pokoju gościnnym za 100Y/noc. Okazało się że spotkało nas wielkie szczęście bo tej nocy przyszła taka wielka ulewa że nasze namioty mogłbyby nieźle oberwać. Zostaliśmy zawiezieni samochodem do pokoiku który później ochrzciliśmy jamą. Było to miejsce które bardzo nam przypadło do gustu – z dala od tłumów walących do wejścia, nieco wioskowy klimacik, z kurnikiem i świniami obok.

 

Tak się tam spodobało że zostalismy tam na 2 nocki. I tak wypoczęci ruszyliśmy do parku walczyć ze schodami i milionami krzyczących chińczyków. Sytuacja w parku bliźniaczo przypomiała Huashan z tym że chińczyków było więcej. Zhangjiajie i miejsce z Avatara są piękne jednak dla mnie mimo wszystko nie są to miejsca godne polecenia. Głównym powodem są ludzie. A tuż za nimi problemem okazują się wszechobecne schody i betonowe ścieżki. To nie są góry. Nie ma tu ani ciszy ani spokoju. A jak już dotrze się do jakiegoś ładnego miejsca nie ma nawet mowy o tym żeby spokojnie sobie tam posiedzieć bo za nami ustawia się już kolejka do zrobienia sobie zdjęcia. Z ciekawostek można wspomnieć o Mac Donaldzie na jednym ze szczytów i o autobusach które jeżdżą po terenie parku wożąc tłumy turystów. Są głównie darmowe ale kolejki do nich są masakrujące. Trzeba poczekać ok. godzinki czasu żeby się do niego dostać. Z kolei bardzo pozytywnym akcenem były dla nas spotkane małpy które widzieliśmy po raz pierwszy w życiu w ich „naturalnym” środowisku.

 

Nasza ocena tego miejsca jest zgodna. Miejsce piękne ale ze względu na ludzi nie jest dla nas atrakcyjne i jednocześnie bardzo dla nas męczące. I oczywiście jest drogie. Wejściówka ważna 4 dni kosztuje 248Y ale należy też wspomnieć o cenach jedzenia w wiosce, które też są bardzo wysokie. Wyszliśmy po 2 dniach i z Zhangjiajie ruszyliśmy do koleżanki Tomka – Kasi, która mieszka w oddalonej 350km Changshy.

 

Planowaliśmy krótki pobyt ale dzięki jej gościnności zostaliśmy tam prawie tydzień.
Changsha to średniej wielkości (8 milionów ludzi) miasto które za dnia wydawało się mi brzydką betonową dżunglą. Jednak nocą to zupełnie inne miejsce. Życie nocne tutaj tętni aż do samego rana. Kasia pokazała nam już pierwszego dnia super miejsca i w końcu mieliśmy też okazję posiedzieć w pubie z dobrą muzyczką. Odwiedziliśmy tu też Orange Island gdzie znajduje się super ekskluzywny basen który nawet nie był aż tak drogi (70Y). Odpoczynek bardzo dobrze nam zrobił i pełni sił mogliśmy ruszyć dalej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *