Taipej – Początek tajwańskiej przygody

 

I znów tłumaczenie… Że my w podróży dookoła świata i na pewno nie jesteśmy niebezpiecznymi imigrantami, którzy zostaną tu na wieki… Po sprawdzeniu pieczątek i wcześniejszych wiz pani w okienku paszportowym w końcu uwierzyła i powiedziała upragnione: „Welcome to Taiwan!” po czym tajwański stempelek wylądował w naszych paszportach!
Było już późno więc pierwszą noc spędziliśmy na lotnisku (polecamy miejsce do noclegu za toaletami na 1 piętrze ).

Rankiem trzeba było dotrzeć do miasta więc pierwsze wydane pieniądze poszły na busa. I znów trzeba się nauczyć tego przeliczania… Ale tu na szczęście nie było aż tak ciężko. Bardzo szacunkowo można przyjąć że 200 NT$ to 20 PLN, 550 NT$ to 55PLN itd. Dotarliśmy do stolicy i mieliśmy cały dzień do zagospodarowania bo nasza pani host wracała do domu dopiero późnym wieczorem. Wykorzystaliśmy ten dzień na odpoczynek i leniwie snuliśmy się po mieście. Odwiedziliśmy kilka galerii handlowych i kawiarni. Po południu udało się nawet zaliczyć drzemkę w parku. Na noc udaliśmy się do Grace, która przyjęła nas na 3 noce.

W Tajpei spotkaliśmy się z naszymi rodakami – Dorotą i Karoliną. Dorota pokazała nam Sun Yat-Sen Memorial Hall. Warto zobaczyć tam zmianę warty, która odbywa się co godzinę. 

Pozwiedzaliśmy razem miasto zza szyby samochodu, a na wieczór poszliśmy na bardzo ciekawe lody, które były skrobane z wielkiej bryły lodu.

 

Po fajnie spędzonym dniu i rozmowie w ojczystym języku, bardzo zmęczeni wróciliśmy do domu. Kolejnego dnia spotkaliśmy się z Karoliną w Tajpei 101, czyli jednym z najwyższych budynków na świecie (swego czasu). Można tam wjechać na szczyt, żeby podziwiać widoki, ale nas nie zainteresowało to na tyle żeby pozbyć się 500 Dolarów Tajwańskich.  Za to na poziome -1 można naprawdę dobrze i w miarę tanio zjeść. Tam też posililiśmy się i wypiliśmy dobrą kawę z Karoliną i przegadaliśmy kilka ładnych godzin.
Bardzo to budujące że nawet na Tajwanie można spotkać rodaków, którzy znajdą chwilę czasu i poświęcą go dla nas.

Wieczorem udaliśmy się na gorące źródła – stacja metra Xinbeitou. Niestety większość z nich była czynna do 17 i już się nie załapaliśmy. Na szczęście jedno z takich miejsc było otwarte i udało się zanurzyć ciało w wodzie o temperaturze ok 45’C. Basenów było 5 – z których ten usytuowany najwyżej miał 45’C i każdy kolejny był niżej i miał odpowiednio chłodniejszą wodę. Nam najbardziej podobał się ten najniżej z „najchłodniejszą” wodą, która i tak była ciepła. Tam też zagadał do nas pewien młody człowiek i po krótkiej pogawędce dowiedzieliśmy się, że przyleciał na kilka dni z Korei Południowej ze znajomymi. Zostaliśmy zaproszeni na kolację i ponieważ uczymy się nie odmawiać – zgodziliśmy się. Uczymy się tego bo odmawianie jest takie polskie – chcemy być grzeczni i nie angażować zbytnio obcych. Ale przecież ci obcy chcą nam coś dać i to przecież tak jakby ktoś ci dawał prezent a ty byś go nie chciał. Więc teraz uczymy się nie odmawiać.

Poszliśmy na night market. Tu istona informacja bo Night Market Shilin znajduje się na stacji Jiantan, a nie jak można by pomyśleć na stacji Shilin. Zanim dotarliśmy do miejsca w którym mieliśmy coś zjeść musieliśmy przebić się przez pełen życia bazar.

 

Wszystko oświetlone i wszędzie mnóstwo ciuchów, owoców, mięsa, tofu itp. W końcu zdecydowaliśmy się spróbować słynnego „stinky tofu”, czyli śmierdzącego tofu. Jak sama nazwa wskazuje jego zapach nie należy do przyjemnych ale za to w smaku jest całkiem niezły. Dalej nie obyło się bez kupna mango, bo ten owoc jest tu dużo smaczniejszy niż te polskie supermarketowe mango. Za każdym razem jak je jemy to zachwycamy się tym smakiem. W końcu dotarliśmy z naszymi koreańskimi znajomymi w asyście tajwańskich znajomych do mini restauracyjki. Budka która bardziej przypominała street fooda oferowała zupę z ostryg. Irmina nawet nie popatrzyła co to za specjał. Tomek spojrzał ale nie podjął próby. Zostałem ostatnim z zaproszonych i stwierdziłem że ja nie odpuszczę… Na pewno to było nowe doświadczenie ale czy było jakieś szczególnie smaczne to nie powiem.

 

No ale uczymy się dalej 😉
Na night marketach najpiękniejsze jest po prostu szwędanie się po całym placu i oglądanie tych wszystkich świecidełek i powiedzieć by się chciało „gratów”. Tak więc po przebyciu wielu uliczek i obejrzeniu mnóstwa stoisk musieliśmy kierować się do domu. Musieliśmy, bo takie zwiedzanie jest też bardzo bardzo męczące i czuliśmy się jak po dwudniowym wypadzie w góry. Jeszcze kilka fotek na dowidzenia i tak właśnie upłynął nasz kolejny dzień. Ostatniego dnia w stolicy zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy do nowo otrzymajej pracy na południu wyspy. Ale to już w kolejnym poście! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *