Tajska wyprawa… na imprezę

 
 

 

Tajlandia. Kraj, który podobnie jak Laos, Birma, Wietnam czy Kambodża, wykreśliliśmy z naszego planu w ciągu trwania wyprawy.  Zasadniczy powód był jeden – kończące się pieniądze.  Nie wiem do końca jak to się stało ale fundusze wyczerpywały się znacznie szybciej niż przypuszczaliśmy. Będąc jednak w Malezji, doszliśmy do wniosku, że Tajlandia jest zbyt blisko, by ją po prostu pominąć. Byliśmy zaledwie 600 km od tajskiej granicy, a ponad to, dzięki zmianom z początku 2015 roku, Polakom przysługuje bezpłatna wiza na 15 dni,  więc nad kolejną zmianą decyzji nie musieliśmy długo myśleć. Spontaniczność mamy chyba we krwi. Dzień po tym, jak odstawiliśmy nasze mamy na lotnisko, ruszyliśmy w drogę. Pierwszy tydzień w Tajlandii postanowiliśmy spędzić oddzielnie, tak więc ja wyruszyłem autobusem z Kuala Lumpur do Hatyai, a Paweł z Irminą, tę samą trasę zdecydowali się pokonać autostopem. Dystans między stolicą Malezji, a pierwszym przygranicznym miastem Tajlandii pokonałem w niecałe 11 godzin. Długość podróży zależy głównie od ruchu na granicy. Autobus w KL można złapać na Terminal Bersepadu Seletan (TBS), który ulokowany jest bardziej na obrzeżach miasta, niż w jego centrum. Bez problemu można się tam dostać miejskim autobusem z dworca centralnego (KL sentral). Przejażdżka do Tajlandii kosztowała mnie 55 RM, co w przeliczeniu na naszą walutę daje około 50 PLN.

                Samo Hatyai jest kompletnie nieturystycznym miejscem. Spotkać białą twarz jest naprawdę trudno. Mi było dane zwiedzać to tajskie miasteczko, z dwiema uroczymi Polkami, które poznałem jeszcze w Penenag, w Malezji. Gdyby nie one Hatyai, posłużyłoby  jedynie za miasto transferowe. Co do atrakcji, odwiedzone przeze mnie miejsca, będąc zupełnie szczerym, nie ujęły mnie specjalnie.  Jedna z większych na świecie figur leżącego Buddy, była bardzo zaniedbana, jednak, istotnie, rozmiar był imponujący. Niestety nie mogę tego powiedzieć o wyrazie twarzy 😉

 

Konkurencją dla leżącego Buddy, był znajdujący się w Muncipal Park, Budda stojący. Złoty posąg znajduje się na dość wysokim wzniesieniu i dumnie spogląda na mieszkańców Hatyai. Wdrapując się na górę, można zająć ławeczkę w cieniu małej palmy i odetchnąć świeżym, wolnym od spalin, powietrzem. Przyjemny wietrzyk otula policzki i pozwala zapomnieć o panującym na dole upale.

 Ze szczytu da się dostrzec Taj Mahal, nazywany tak przez autochtonów tamtejszy pałac. Rzeczywiście jest bardzo podobny do najsłynniejszej hinduskiej budowli. W trzecim dniu postanowiłem zobaczyć świątynię z bliska. Jak się okazało, prócz nas, nie było tam nikogo. Żywego ducha. Pałac wyglądał na zaniedbany i opuszczony. Nie przesadzę jak porównam ten meczet do naszej bazyliki w Licheniu – taki przerost formy nad treścią. Do szczęścia brakowało jedynie paru fotografii. Niestety, wszystko to, co znajdowało się wokoło, sprawę tylko utrudniało – włączając w to wielki beczkowóz stojący u frontu. Nie pozostawało nic innego jak sfotografować „Taj Mahal” z przepiękną ciężarówką.

 

Do wszystkich atrakcji można dostać się Tuk Tukiem, które odjeżdżają spod Clock Tower i miejscowego marketu znajdującego się po przeciwnej stronie. Na bazarze można dostać dosłownie wszystko, prócz pierogów ruskich. Owoce, warzywa, mięso, przyprawy, ryby można kupić na każdym kroku, jedyne o czym trzeba pamiętać to o targowaniu. Jak nie uda się na jednym kramie, taktykę należy zastosować 4 kramy dalej. W ten oto sposób można zaoszczędzić pieniądze na dobry, uliczny lunch albo zimny, owocowy koktajl.

Po trzech dniach eksploracji Hatyai nadszedł czas, by pożegnać się z dziewczynami i ruszyć dalej na północ. Tym razem padło na autostop – zaniedbany przeze mnie od jakiegoś czasu. Dobrze jednak, że do idei wróciłem. Wszystko dzięki pick-upom, czyli terenowym samochodom z paką, na której Tajowie przewożą takie smakołyki jak kokosy, czy znane azjatyckie śmierdziele – duriany. Na szczęście nie musiałem jechać wśród nich i z reguły, oprócz mnie, na pace nie było nic. Wiązało się to z przyjemną, leżącą pozycją, umożliwiającą podziwianie białych, szybko poruszających się obłoków. O wietrze we włosach nawet nie wspomnę 😉

 

                W tym samym czasie trwała pogoń. Paweł z Irminą deptali mi po piętach, będąc zaledwie jeden dzień za mną i odwiedzając te same miejsca. Z ich opowieści wiem, że w Hatyai jest jeszcze ciekawy, pływający market, który jest namiastką tego słynnego w Bangkoku. Ponad to spędzili bardzo ciężką noc na jednej ze stacji benzynowych, doświadczając olbrzymiej wilgotności powietrza, która nad ranem objawiła się w postaci pleśni na namiocie i spodniach Pawła :p Nikt nie mówił, że będzie łatwo, nie?

 

                Po drodze minąłem miejscowość Krabi, która niejako stanowi konkurencję dla Phuket. Ci, którzy szukają spokoju, klimatu i unikają tłumów turystów, powinni zastanowić się nad opcją spędzenia urlopu w Krabi. Moje przemyślenia wynikają z wizyty w Patongu – jednej z największej imprezowni tego świata. Jak Tajlandia to Phuket, czyż nie? Tu z kolei trudno mi było znaleźć lokalsa. Wszędzie słychać angielski, niemiecki, francuski, i jakżeby inaczej… polski. Wszyscy przyjeżdżają tu, by dobrze się zabawić i skorzystać z seks oferty tego miejsca. Ja jednak, przyjechałem tu z zupełnie innym celem. Właściwie był to powód, dla którego zmieniliśmy plan i miałem w tym duży swój udział. Otóż tatuaż. Tajlandia jest światową stolicą tatuaży. Wszystko za sprawą tajskich mnichów, którzy w woni kadzideł, odprawiają modły, by wyprosić tutejszego boga o dar wizji tatuażu dla tatuowanego. Uważa się, że ceremonia tatuażu jest tym samym ceremonią oczyszczenia. Oczyszczony od tego ważnego dnia, nosi na sobie amulet, który, zależnie od symbolu, ma przynieść mu szeroko pojęte szczęście i bezpieczeństwo finansowe. Z reguły mnisi tatuują Yanty, charakterystyczne, mistyczne wzory, przedstawiające bóstwa i zwierzęta. Na wizytę w pagodzie jednak się nie zdecydowałem i skorzystałem z nieco bardziej  higienicznej opcji, czyli studia w centrum miasta. Tak więc, to co kiedyś wydawało się tak odległe, nagle stało się faktem – kolejne marzenie spełnione, a w dodatku najlepsza pamiątka z wyprawy dookoła świata, jaką mogłem tylko przywieźć.

 

                Czas w Patongu spędzaliśmy już  pełnym Rock’n’Roadowym teamem. Postanowiliśmy ograniczyć naszą wizytę na Phuket  do minimum, ze względu na tłok i komerchę. Nie bylibyśmy sobą jednak, gdybyśmy nie sprawdzili na własnej skórze, jak wygląda impreza w największej mordowni świata. Moją wizytę w studio tatuażu, zwieńczyliśmy wypadem „na miasto”. Obudziła się w nas,, dawno już uśpiona, studencka krew, i co tu dużo mówić – poszliśmy na całość. Kiedy tak siedziałem przy stoliku, zdałem sobie sprawę, że to wszystko wokół mnie, ci krzyczący ludzie, różowe światła, lejący się alkohol, to jest jakiś „American Pie”. Kto oglądał ten wie 😉 Łatwo na takiej imprezce źle skończyć… i tak też się stało. Następnego dnia  zdecydowaliśmy się wynurzyć  z hostelu, jedynie po to, by nakarmić i napoić nasze, ledwo żywe, ciała. Zapamiętamy Phuket chyba na długo.

 Po opuszczeniu Patongu, z powrotem udaliśmy się w stronę granicy z Malezją. Po drodze rozdzieliliśmy się jeszcze na chwilę, żeby Paweł z Irminą, mogli zażyć kąpieli w krystalicznie czystym morzu, ja w tym czasie siedziałem w zaciszu hostelu i dbałem o to, by na słońcu się nie pokazywać.

Jedno jest pewne: Tajlandię odwiedzimy jeszcze na pewno. Dziesięć dni to stanowczo za mało na tak piękny i barwny kraj.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *