Tuk Tuk jakiego nie znałeś

Toba Lake i początek Indonezji

Był 7 Grudnia 2015 roku. Dochodziła już niemal północ , gdy postawiliśmy nasze stopy na płycie lotniska w Medanie. Największego miasta na Sumatrze. Właściwie to nie chcieliśmy wychodzić z pokładu samolotu, bo doskonale wiedzieliśmy co nas czeka na zewnątrz. Błagaliśmy stewardesy by pozwoliły nam zostać jeszcze chociaż 5 min. Na nic się zdały tłumaczenia, że chcemy porozmawiać z pilotami o ich tak odważnej roli w przestrzeni powietrznej, że chcemy wiedzieć jak sobie z tym radzą, i w końcu, jak to jest oglądać wschód słońca nad miękkim, chmurowym dywanem. Po okupacji kabiny pilotów i krótkim strajku głodowym, zostaliśmy wyrzuceni na zewnątrz, a ściana gorąca uderzyła w nas niczym kula buldożera w ścianę, spisanego już na straty budynku. Zalani potem doczołgaliśmy się do odprawy celnej. Hurra, mamy ją! Z pieczątką w paszporcie i z zadartymi głowami ruszyliśmy na terminal, by znaleźć tam jakieś zaciszne miejsce, żeby spokojnie przespać parę godzin. Udało się i to nie byle co! Cale piętro lotniska wyłączone z użytku. No… może nie do końca. Jak się potem okazało, piętro okupowały stadnie komary. Przez pół nocy zastanawiałem się jak wygląda, w lotniskowych kamerach, trójka ludzi, leżących na ziemi i wymachująca wszystkimi możliwymi kończynami. Ręce przecinające powietrze to jeszcze nic, w porównaniu z dłońmi, które co jakiś czas, z głośnym „plaskiem”, lądowały na naszej twarzy, szczególnie w okolicach uszu. Tego chyba było za wiele dla panów z ochroniarskiej kanciapy, więc w godzinach rannych postanowili wysłać patrol, który grzecznie nas stamtąd wyprosił. Pełna kultura, uśmiechy, uściski dłoni, przeprosiny i w ogóle, spokojnie nie mam wam tego za złe, ale na Boga, ludzie, zróbcie coś z tymi komarami!

Lotnisko od miasta jest oddalone jakieś 30 km. Aby dostać się do centrum, należy udać się na przystanek autobusowy u wrót lotniska. Lokalsi entuzjastycznie zapytają o cel podróży, po czym wybiorą odpowiedni pojazd. My za przejażdżkę do Medanu zapłaciliśmy 20000 RP, czyli niecałe sześć PLN-ów. Co mogę napisać o mieście? Czy fakt, że skróciliśmy nasz pobyt w tym miejscu, będzie wystarczającym dowodem na to, by je omijać? Kompletna  miejska dziura. Dowodem na to niech będzie rozmowa między nami, a naszym hostem z CS. MY: „chcielibyśmy pójść na spacer zobaczyć miasto”, ONA z rozbrajającym uśmiechem: „Po co? Tu nic nie ma”, MY lekko skonfundowani: „aha. Ale spróbujemy”. Próba okazała się gorzką do przełknięcia porażką, ze względu na 6-kilometrowy spacer w poszukiwaniu centrum i jakiegoś jedzenia. Do starówki nie doszliśmy bo jej po prostu nie było, a napełniliśmy nasze brzuchy w Pizzy Hut, która tu, działa jak u nas restauracja w Hiltonie. Brakowało jeszcze tylko tego, żeby wjechał homar na srebrnej tacy.

 

Jeden dzień wystarczył, ba, kilka godzin wystarczyło, by podjąć decyzję o ewakuacji. Nastąpiła ona w trybie pilnym już następnego poranka. Za nasz cel obraliśmy Toba Lake  położone w środku lądu, dokładnie między dwoma brzegami Sumatry. Na jeziorze znajduje się wyspa Samosir z uroczym zakątkiem, co zwie się Tuk Tuk. Aby się tam dostać musieliśmy wziąć małego busika za 50000 RP do miejscowości Parapat, skąd za, dosłownie, złoty pięćdziesiąt, promem, przetransportowaliśmy, spasione jeszcze pizzą ciała na drugi brzeg. Ciekawa sprawa jest taka, że każdy pasażer na pokładzie pytany jest o miejsce, w którym śpi, po czym prom wpływa niemalże do jego hotelowego pokoju. Każde gospodarstwo ma swoją przystań, a kapitanowie statków znają je wszystkie. Jeszcze w porcie, w biegu, zatrzymał nas nieznajomy i wręczył nam wizytówkę jakiegoś hotelu na Tuk Tuku i na odchodne krzyknął bardzo atrakcyjną cenę. My oczywiście planu nie mieliśmy, i gdy podszedł do nas promowy majtek, by spytać o cel naszej podróży, popatrzyliśmy na siebie i bez zastanowienia wręczyliśmy mu, otrzymaną niedawno wizytówkę. Na miejscu zastaliśmy… plac budowy. Aha, więc wiadomo skąd ta cena. Chwilę później okazało się jednak, że trafiliśmy w miejsce idealne: z basenem, z w miarę wysokim standardem, z genialną muzyką na żywo i świetną obsługą. Wszystko za 12 zł za noc. Oczywiście plac budowy pozostał, jednak użyliśmy wyimaginowanej gumki i wymazaliśmy to paskudztwo z naszego pięknego krajobrazu. Musieliśmy także użyć wyimaginowanych zatyczek do uszu, gdy o 8 rano betonowy moloch budził się do życia. Ale to wszystko nic w porównaniu z niesamowitą atmosferą, która panowała w hotelu, a w dodatku niedrogie, naprawdę pyszne jedzenie. Miejsce dla nas idealne. Zapomniałem jeszcze dodać, że dodatkowym czynnikiem, który rozjaśniał nasze twarze, była temperatura… idealna temperatura. Do łask wróciły nasze bluzy, w których codziennie dumnie paradowaliśmy, i jak dzieci cieszyliśmy się, jak na naszej skórze pojawiała się gęsia skórka. Niesamowite uczucie ;D

 

Od razu następnego dnia postanowiliśmy wybrać się na skuterową wyprawę, w celu eksploracji wyspy. Skutery, rzecz jasna, zatankowane, za śmieszne pieniądze, wypożyczyliśmy w hotelu. Kask na głowę i w drogę. Śmiało mogę stwierdzić, że ten zakątek Sumatry pretenduje do najpiękniejszego, zaraz po mongolskich stepach. Wszędzie niesamowita, bujna zieleń – aż razi w oczy. Wszystko przez liczne pola ryżowe, które z gór jakby turlały się w stronę brzegu, by tam pochłaniało je jezioro. Przepiękne, czyste jezioro – Toba. Krajobraz urozmaicają, umazane błotem bawoły, które niczym profesjonalna kosiarka, równają trawę na górskich zboczach. Ponadto te roślinożerne zwierzaki, niemalże zawsze można spotkać w towarzystwie białego ptaka. Niestety nazwy gatunku nie podam, lecz wiem, że działa to na zasadzie protokooperacji, i tak jak na sawannie bawoły „współpracują” z bąkojadami, tak tutejsze, z ptakiem podobnym do małej czapli.

 

Na objechanie całej wyspy wystarczy jeden dzień, pod warunkiem, że wystartuje się wcześnie rano. Do głównych atrakcji wyspy należą kamienne krzesła w miejscowości Ambarita, gorące źródła, wieża widokowa w Tele. Dla mnie jednak największą frajdą była sama przejażdżka po wyspie, powoli, bez pośpiechu, omijając przebiegające kury i gęsi, z postojem w miejscowej knajpce na kawę i małą pogawędkę z lokalsami. Myślę, że jedynie w ten sposób można przyjrzeć się temu, jak życie autochtonów wygląda naprawdę. A wygląda odmiennie. Nie ma tu różnic między bogactwem a biedą, jest sama bieda. Ludzie, żyją z dnia na dzień i, jak zwykle w takich miejscach, są zawsze uśmiechnięci. Zagadują, obserwują, pytają, czasem nawet coś postawią, zadziwiające jest to, że w Europie naprawdę rzadko można tego doświadczyć. Możne to przez pęd życia i wyścig szczurów? Tu życie płynie wolno i leniwie, czasami wręcz, mam wrażenie, że ludzie się tu nudzą. Zapomniałem wspomnieć, że wyspę od wieków zamieszkuje lud Bataków, którzy rozwinęli tutaj, wyjątkową dla siebie architekturę, która jest widoczna w okolicach Toba Lake. Warto też wspomnieć, że Jeszcze kilka stuleci temu tutejsi mieszkańcy byli kanibalami. Z tą też wiedzą, nie zapuszczaliśmy się gdzieś w dżunglę, kto wie, może jakiś kanibal się jeszcze ostał? 😉 Na poważnie, obecnie większość Bataków jest  muzułmanami.

Gorące źródła stanowczo odradzamy. W skrócie wygląda to tak, że sprytni mieszkańcy miasteczka, zamontowali plastikowe rury doprowadzające gorącą wodę do ich, garażowych, bardzo prymitywnych baseników. Kąpielisko zabudowane jest czterema betonowymi ścianami, tak aby goście sąsiada nie podglądali negliżu obok. Dla ludzi szukających mocnych wrażeń – polecam. Będą się musieli zmierzyć ze smrodem siarki i zbuka. Chyba na ten moment to tyle. Szukamy miejsca, żeby godnie spędzić święta Bożego Narodzenia ale o tym, pewnie kolejny post 😉 Na do widzenia: Paweł z bananem 😉

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *