Święta Bożego Narodzenia przy wulkanie

 

fot. Święta “pod palmami”

Denga Irminy nieco pokrzyżowała nam plany i zamiast surfingu na okolicznych wyspach postanowiliśmy spędzić czas inaczej. Po przejściu dengi organizm potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby dojść do siebie, wiec wybraliśmy opcję raczej relaksacyjną. Więcej o chorobie jaką jest Denga znajdziecie tutaj.

Znaleźliśmy tani nocleg i nasze święta przeżywaliśmy we trójkę pod palmami w miejscowości Berastagi.
Szczególnie Irmina nie mogła zbyt długo usiedzieć w miejscu więc już drugiego dnia pobytu i odpoczynku w naszym planie dnia pojawiło się zdobycie pobliskiego wulkanu. Gunung Sibayak – bo tak się nazywał, ma wysokość 2212 m n.p.m.

Wejście nie zalicza się raczej do trudnych, choć zdarzały się zaginięcia turystów. Mając do dyspozyci skuter  można podjechać aż pod samo wejście na szlak. Należy zakupić wejściówki i wpisać się na listę wchodzących. Jeden dzień spokojnie wystarczy, żeby wejść zejść  i w międzyczasie zrobić piknik i zdjęcia. Na szczycie zobaczyć można niewielkie jeziorko w pozostałości krateru i gdzieniegdzie wydobywającą się ze zboczy parę wodną, czy dym. Na niektórych skałach wciąż są widoczne ślady siarki, która ma intensywnie żółty kolor.

Należy pamiętać o zabraniu wystarczającej ilości wody bo ta na szlaku zawiera bardzo duże ilości siarczanów i nie nadaje się do picia. Po zdobyciu szczytu, kilku zdjęciach i kilku chwilach kontemplacji byliśmy gotowi do zejścia. Nazajutrz mieliśmy szykować wigilię wiec zakupy były konieczne.

Święta

Ponieważ według naszej tradycji wigilię zaczynamy z pojawieniem się pierwszej gwiazdki mieliśmy trochę czasu żeby przygotować świąteczne specjały (i prezenty 🙂 ). Okazało się to nie lada wyzwaniem. Życie wokół nas toczyło się zupełnie normalnie, a zdobycie mikołajowej czapki do łatwych nie należało. Udało nam się zdobyć składniki na świąteczną sałatkę jarzynową.

Byłaby nawet smaczna gdyby nie tutejszy majonez… Tutejsze pojęcie majonezu jest chyba inne niż to nasze – w efekcie jedna z trzech potraw była niezjadliwa. Drugą potrawą była sałatka z zupki chińskiej, awokado i warzyw, no a zupełnym hitem była zupa grzybowa z prawdziwych polskich grzybków! Dotarły one do nas przy okazji wizyty mam.

fot. Prawdziwa grzybowa 🙂

Nasze prezenty zasługują na osobny akapit! Umówiliśmy się jak na szkolnych mikołajkach. Każdy każdemu za symboliczną kwotę. Wszystko spoko. Teraz jak to zrobić żeby na przestrzeni kilku sklepów nie trafić na siebie i nie ujawnić niespodzianki. Rozdzielamy się i ruszamy na łowy. Jakie mamy możliwości? Jest targ z owocami, mięsem i rybami – raczej kiepsko dostać pod choinkę surową rybę albo jak się było trochę bardziej grzecznym grilowaną.

Inna opcja sklepy typu 7eleven, czyli nasze “żabki”. Jest lepiej. Są jakieś cukierki, batoniki czy coca-cola, no ale dalej mimo wszystko to nie to. Ostatnia opcja. Targ z pamiątkami. Pomieważ Berastagi zaczyna się promować turystycznie targ z pamiątkami był największy ze wszystkich. Do wyboru tony chińszczyzny – breloków, bransoletek, ciuchów, zabawek, kolorowych parasolek i innych przedmiotów które mają służyć zapamiętaniu tego miejsca. Pojawiła się pokusa żeby kupić, np. wielki dmuchany młot z nazwą miejscowości, albo różowego konika pony który może wydawać różne dźwięki, ale przemówił rozsądek. Wszystko co mamy, nosimy ze sobą na plecach więc rzeczy niepotrzebne zostają najszybcie jak to możliwe zutylizowane. Także wielki dmuchany młot czy kolorowy kucyk zapewne zostałyby w miejscowości w której zostały zakupione. Jedyną rzeczą która może być używana troche dłużej niż jeden dzień były koszulki.

Z tego względu nie konsultując się ze sobą, każdy kupił koszulkę dla pozostałych. Udało się nawet wybrać różne wzory. A moment wręczania prezentów był naprawdę zaskakujący 🙂

 

fot. Nie było choinek więc wybraliśmy sobie najładniejszą palmę

Nasza wigilia była raczej skromna ale już w zdrowiu i doborowym towarzystwie 🙂 W niczym nie przypominała tych wcześniejszych – wokół palmy, gorąco, wulkan za oknem no i zero przedświątecznej gorączki w wielkich supermarketach i galeriach handlowych. Może też dlatego, że nie ma tu takich…
Okazało się także że w Berastagi jest kościół katolicki więc w pierwszy dzień świąt mieliśmy okazję go odwiedzić. Po świętach udaliśmy się do długo wyczekiwanej Australii i nie żałowaliśmy! 🙂 Ale o tym niebawem.

Poniżej kilka fotek:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *