AUSTRALIA- czy można pokonać autostopem ponad 4000km przez outback (w 4 dni!)?

Przylot do Australii

Australia powitała nas bardzo chłodno. Nie w znaczeniu temperatury, bo przy wysiadaniu z samolotu w Darwin pierwszym doświadczeniem było uderzenie w twarz gorącego i bardzo wilgotnego powietrza. Mimo wczesnej pory było ponad 30 ‘C. Nasz start okazał się trudny z innego względu. Na początku łapanka. Irmina i Tomek przechodzą bez problemów, natomiast ja(Paweł) zostaje zaproszony do przesłuchania. Rozmowa zaczyna się miło, aż do momentu dotyczącego wiz. My mamy wizę eVisitor czyli tylko i wyłącznie turystyczną bez możliwości pracy. Pani, która ze mną rozmawia pyta mnie, czy wiem ile kosztuje życie w Austarlii?
– Jest drogo – tyle wiem.
– OK. Kolejne pytanie. Czy wiesz że z twoją wizą nie można podjąć pracy?
– Wiem.
– OK. Ile masz kasy?
– Podałem jakąś kwotę.
– To mało. Chyba nie zamierzasz pracować?
– Nie, jak będę w potrzebie to pożyczę od rodziny, czy znajomych.
– OK. Ale pamiętasz, że nie możesz pracować?
– Tak, wszystko rozumiem. Jasne.
– OK, w takim razie co chcesz zwiedzać i jak długo?
– (Wymieniam po kolei co mi ślina na język przyniesie…)
– OK, sporo tego, jak chcesz przeżyć tyle czasu, podróżując i zwiedzając?
– Jak będę w potrzebie to dzwonię do rodziny, znajomych etc. i pożyczam, i TAK WIEM że nie moge pracować.
– OK, w taki razie witamy w Austalii. 🙂

Udało się, idziemy dalej. Bagaże. Okazuje się że mój plecak został zepsuty, tzn. jedno z ramion(szelek?) plecaka zostało urawne. Noszenie plecaka tylko na jednym nie należało do łatwych.  Póbowałem dostać się do jakiegoś punktu żeby złożyć reklamacje, ale o 4 czy 5 rano całe lotnisko jest jaky w nocnym letargu i nie da się wiele załatwić. Ale okej da się z tym żyć i szkoda czasu, bo musimy zaczynać autostop do Sydney!

red sky

Rajd po australijskim Outbacku.

 

Wylądowaliśmy 4 dni przed sylwestrem. A jak słyszeliśmy najlepsze obchody nowego roku z pokazem fajerwerków włącznie znaleźć można w Sydney. Jedyne 4400km od miejsca w którym się znajdujemy (jadąc przez Adelaide). Nie trzeba być matematycznym geniuszem, żeby obliczyć że to ponad 1100km na dzień. Jadąc stopem to sporo. Samoloty i autobusy ze względu na nasz lichy budżet odpadają. No to zaczynamy… Pierwsze kilkaset metrów na piechotę zamieniło nasze ubrania w stan ciekły. Dotarliśmy do trasy i po kilku minutach pierwszy sukces. Mamy podwózkę na pierwsze 30 km. Zawsze coś. Jeszcze 4370.

Telefon w Australii

Trafiliśmy na stację. I tu ważna sprawa – karty sim i rejestracja(sieć Telstra). Okazuje się, że to nie takie proste bo trzeba podać swoje imię, nazwisko i adres. Skąd adres? Oczywiście musi być australijski. I prawdziwy. Ogarneliśmy to wpisując podany nam przez panią na stacji adres w Darwin i przeszło dalej. (Najważniejsze, żeby ten adres istniał i była możliwość kliknięcia w niego wybierając go z listy).  Po wpisaniu Smith Street Darwin wyświetli się opcja kliknięcia. Nie do końca wiem, czy to prywatny domek czy coś co po prostu istnieje i każdy wpisuje coś takiego. Już się raczej nie dowiem.

Autostopem w Outback

Mając już kontakt ze sobą i światem ruszamy, a raczej chcemy ruszyć, dalej. Ruchu praktycznie brak. Mało kto jeździ w trasę dalszą niż do kolejnej miejscowości w godzinach prażenia słońcem. No chyba, że to jest konieczne. Łapiemy kolejno kilka aut na krótkie dystanse (do 100km). Rozdzielamy się, potem spotykamy na trasie i jakoś to leci. W końcu pewna kobieta z 3 dzieci zabrała Tomka i mijając nas kilka kilometrów dalej zatrzymała się i upchnęła nas wszystkich na tylne siedzenie. Zaczęło padać… Udało nam się dotrzeć wspólnie do jednego z wielu miejsc przeznaczonych na odpoczynek przy trasie.Wspomniana kobieta wysadziła nas tu bo za kilka kilometrów musiała zjechać z trasy a tu przynajmniej mieliśmy miejsce pod namiot, miejsce na grilla, jakieś altanki. Na koniec obdarowała nas słoikiem korniszonów, bochenkiem chleba i szynką. To była chyba najlepsza szynka jaką jadłem w życiu. Co prawda byliśmy już bardzo głodni, ale ta szynka miała w sobie to coś 🙂

Dostając od niej kilka piknikowych produktów dotarło do nas, że dzięki niej możemy w miarę normalnie fuknconować i że zupełnie nie jesteśmy przygotowani do podróży przez outback. Tutaj podróżuje się nieco inaczej. Między miejscowościami dystanse są znacznie większe i to że przez 100 km nie widzimy żywej duszy to nic dziwnego. Na poboczach leżą ciała kangurów lub walabee(mniejsza wersja kangura) potrąconych prawdopodobnie przez cieżarówki, które nawet się nie zatrzymują po zderzniu. Dystanse są spore więc niektórzy kierowcy sięgają po butelkę piwa dla ochłody i zabicia czasu. Stąd w Australii można prowadzić po piwie (jeśli alkohol nie przekroczy 0.5 promila we krwi). Ważna w podróżowaniu jest też pora. Niby Australia jest suchym kontynentem, ale w porze deszczowej – szczególnie na północy zdarzają się powodzie.

Łapanie stopa na Outback w deszczu
                                                                          Łapanie stopa na Outback w deszczu

 

Nam samym ledwo udało się przejechać. Przy wysokich opadach niektóre drogi są po prostu zamykane i trzeba czekać aż poziom wody spadnie albo wybierać 500km objazdy.

czerwona ziemia

czerwona ziemia

Wracjając do naszej sytuacji –  Nie mieliśmy żadnych zapasów – konserw czy jakiejkolwiek innej żywności i jak się okazało wody też nie wystarczająco. Później każde znas było zaopatrzone w conajmniej 2-3 litry wody (lub więcej)i kilka przekąsek. Są na trasie tzw. Roadhouse’y ale nie można bazować tylko i wyłącznie na nich – szczególnie kiedy poróżuje się stopem. Roadhouse najczęściej to stacja benzynowa z mini restaucacją czy barem. Kilka z nich było typowymi pubami gdzie kierowca mógł zatrzymać się na chłodne piwko. Takie były najlepsze. Z klimatem jakby z westernu. Specjalnością takich miejsc której nie można sobie odmówić są burgery.

                                                                                                         Road house

 

Burger the lot
Burger the lot

 

Burger the lot -czyli ze wszystkim musi znaleźć sie w menu przy wizycie  w takim miejscu. Jest wielki i ma sporo warzyw – np, pomidory, ogórki, ale i buraki czy kilka rodzajów sałatek, a kosztuje od 10 do 15AUD.

 

road train

Muchy…

Na parkingach zazwyczaj stały road trainy czyli ciężarówki z 2 lub 3 naczepami a ich kierowcy wyglądali na prawdziwych twardzieli. Do tego jakby zapuścić muzyczkę z filmów Quentina Tarantino byłby typowy obrazek oddający klimat Outbacku. Drobiazgiem ktorego nigdy nie widać na filmach tego rodzaju a który może urosnąć do rangi szczegółu powodującego chęć opuszczenia tego kraju są muchy. Szczególnie na Pólnocy. Moment kiedy wysiada się z samochodu i w kilka sekund te małe wredne stworzenia przypuszczają szturm na wszystkie odsłonięte części ciała. Szczególnie nieprzyjemne są w uszach, oczach i ustach. Oddychając najlepiej cedzić je przez zęby… Nie ma na nie sposobu. Żadne spraye czy inne chemikalnia nie dają rady. Jest ich tak wiele. Jedyny racjonalny sposób ograniczenia ich denerwującego stylu bycia to moskitiera. Może nie jest zbyt komfortowa, ale przynajmniej można się poruszać bez wymachiwania rękoma we wszytkie strony.

Po pikniku zaczynamy łapać stopa. Nie trzeba było długo czekać i udało się! Tym razem na prawdę strzał w 10. Złapaliśmy autobus! Calutki pusty. I najlepsze że kierowany przez super gościa. Jak sie okazało autobus dopiero co został kupiony na północy i nowy właściciel sprowadza go do siebie – na południe. Idealnie dla nas. Tak trafiliśmy na Marka. Jak okazało się chwilę później Mark zawrócił po nas bo po prostu zrobiło mu się nas żal. Podróżował jeszcze z 2 znajomych którzy jechali drugim zakupionym samochodem i naprawdę byli spoko luźmi. Tomkowi nawet udał się poprowadzić autobus, bo Mark chciał sobie odpocząć 😛

Podróżowaliśmy z nimi 1100 km. 2 dni. Mimo naszych uślinych prób spędzenia nocy pod namiotem lub w autobusie, nie mieliśmy zbyt wiele do powiedzenia kiedy Mark wręczył nam klucze do naszego pokoju hotelowego. Powiedział “no worries” i że przecież to nic takiego. Miło. Dotarliśmy tym sposobem do Coober Peedy.

Miejsce to słynie w Australii z opali. Z tego powodu nie jest tu zbyt bezpiecznie szczególnie jeśli chodzi o camping. Opali szuka się pod ziemią, więc okoliczny krajobraz stanowią hałdy żwiru i piachu. Duże wykopaliska to nie problem ale jakby jakieś dzieciaki chiały dorobić sobie do kieszonkowego, mogłyby wykopać kilka dziur i za znalezione kamyki kupić sobie pączka. Gorzej jak do takiej roboty biorą się dorośli z dużymi zabawkami. Kilka osób zginęło wpadając do głębokich (czasem nawet zakamuflowanych) otworów. De facto miejsce spoko ale żeby było nadzwyczajne to nie za bardzo. Na parkingu zabraliśmy z ziemi na pamiątke małe kawałki opali – które są tam wszędzie- i 15 min później złapaliśmy kolejnego stopa. Ta podwózka była szczególna. Pobiliśmy w niej kilka rekordów. Najwięcej godzin w jednym aucie, nadłuższa podwózka i najwiękasza prędkość. Zabrała nas (we 3!) parka rodem z Chin.

słone jezioro w tle

Chłopak nie oszczędzał samochodu i naszych nerwów. Jadąc ponad 150km/h na poboczu śmigały tylko ciała potrąconych wcześniej kangurów, a nasze tętna były co najmniej o połowę sybsze. Z faktów: Ponad 2300km i 50h z jednym kierowcą (parką) , Prawie 200km/h. Po drodze mieliśmy okazję załapać się na krótkie zwiedzanie wyschniętego jeziora z którego pozostała tylko pustynia solna. A finał naszego stopawania był najlepszy. Zostaliśmy zawiezieni pod sam park – w którym oglądać można fajerwerki w sylwestra -z genialnym widokiem na operę w Sydney. No i mieliśmy jeszcze cały dzień na przygotowanie!

17453567_1701312646563731_1999011500_o

 17475196_1701312629897066_1957137147_o

Co jeszcze warto wiedzieć o Australii? :

AUSTRALIA – INFORMACJE PRAKTYCZNE, CZYLI CO WARTO WIEDZIEĆ PRZED PRZYJAZDEM DO KRAINY KANGÓRÓW? Tips and tricks!

MILION GWIAZD NA NIEBIE- CZYLI CO WARTO ZOBACZYĆ W AUSTRALII ZACHODNIEJ

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *