NOWA ZELANDIA –CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE POŁUDNIOWEJ?

 

fot. Podczas zwiedzania 🙂

Nowa Zelandia

to kraj, który od dawna był na naszej liście państw, o których marzymy i do którego planowaliśmy dotrzeć w podróży dookoła świata. Kraj kiwi, maori, czy kraina władcy pierścieni pobudza zmysły, chęci poznania, eksplorowania, doświadczenia i ma do zaoferowania wiele. Nowa Zelandia położona jest na dwóch głównych wyspach: północnej i południowej. Mimo tego, że stanowią jeden kraj to północ bardzo różni się od południa. Na znaczące różnice wpływa klimat, a co za tym idzie inna temperatura, fauna, flora, krajobraz i nastroje mieszkańców. Zdecydowanie warto zobaczyć obie wyspy, bo każda z nich oferuję coś innego, nietypowego, czego nie widzieliśmy w innych krajach. Pokuszę się na stwierdzenie, że Nowa Zelandia to kraj,  w którym natura postanowiła zamieścić swoją esencję. Pisząc esencja natury mam na myśli wysokie, surowe góry, zielone pagórki, krystalicznie czyste jeziora, w których odbija się błękit nieba, liczne potoki, strumienie i wodospady, zielone lasy deszczowe, wulkany i księżycowy krajobraz, gejzery i buchająca z nich para niczym z piekła rodem. Do tego błękit oceanu, szerokie plaże do wyboru do koloru, nietuzinkowa fauna i flora, z wielkimi, starymi jak świat paprotkami, kolorowe papugi i ukryte w czeluściach lasu nieloty – kiwi. Fiordy, doliny, łąki, pola, lodowce i wszystko to co zapiera dech w piersiach i przypomina nam o tym jak wielka i potężna jest Ziemia, a jak mali jesteśmy my.

 

Nie sposób jest opisać miejsca, które kryje w sobie Nowa Zelandia. Oczywiście część z nich jest bardziej znanych i rozsławionych, przez turystykę i nic w tym dziwnego. Nie wiem czy znam osobę, która nie chciałaby zobaczyć Nowej Zelandii. Jednak oprócz tych folderowych miejsc, kraj kiwi skrywa dużo więcej fenomenalnych zakamarków, które nie doczekały się specjalnej nazwy, ani infrastruktury turystycznej ułatwiającej dostęp do nich i dzięki temu w tym kraju możesz poczuć jak smakuje natura. Same jeziora, które większość turystów zna i odwiedza, mają tak długa linię brzegową, że oprócz punktów widokowych stworzonych głównie dla turystów jest setka innych miejsc (nad tym samym jeziorem), gdzie nie spotka się żywej duszy.

fot. Zwyczane widoki z NZ 🙂

Utarło się, że wyspa południowa Nowej Zelandii jest numerem jeden. Powodem jest mniejsza liczba zamieszkującej ludności, spektakularne, wysokie góry, fiordy i fakt, że wyspa jest ‘bardziej dzika’. Czy po odwiedzeniu obu wysp mogę się pod tym podpisać?- Tak. Dla mnie wyspa południowa jest zdecydowanym numerem jeden. Nasz pobyt w Nowej Zelandii wypadł w okresie tamtejszej jesieni więc temperatury nas nie rozpieszczały. Domyślam się, że w okresie lata można jeszcze bardziej cieszyć się pięknem wyspy, jednak kolorowa jesień też jest piękna, a pierwsza wizyta w kraju kiwi nie musi być tą ostatnią.

Nasza podróż po Nowej Zelandii trwała ponad 2 miesiące. W Christchurch kupiliśmy duży samochód, który służył nam za dom, rzecz jasna- środek transportu i schronienie przed deszczem i zimnem, którego było całkiem dużo. Jak i gdzie kupić samochód oraz informacje praktyczne o podróżowaniu po Nowej Zelandii znajdziecie  tutaj. W tym poście chcielibyśmy podzielić się niesamowitymi widokami i krótkim opisem miejsc, które odwiedziliśmy podczas naszego pobytu w kraju kiwi.

Co warto zobaczyć na wyspie południowej Nowej Zelandii?

Nasza trasa śladami kiwi

 

  1. Christchurch

Christchurch to największe miasto na wyspie południowej i jedno z głównych miast, gdzie odwiedzający zaczynają swoją przygodę ze względu na obecność lotniska, dobrą infrastrukturę turystyczną i dostępność do wielu produktów takich jak sprzęt turystyczny, czy dobrze wyposażone supermarkety, gdzie można zrobić zapasy żywności ( jeśli masz samochód). Lepiej wyposażyć się w suche jedzenie właśnie tam, niż kupować je w małych miejscowościach, gdzie ceny są wygórowane, a o promocjach nawet nie ma co marzyć. Nie ma się co oszukiwać, że nowozelandzkie miasta, nie są tym, co przyciąga tutaj turystów z całego świata. W konfrontacji z innymi miejscami w kraju kiwi, wypadają one nieco marnie. Christchurch w porze jesiennej jest potwierdzeniem tego, że najlepiej załatwić tam to, co załatwione być musi i ruszać w drogę. Takie wrażenie zostało nam po spędzeniu tam 2 dni na szukaniu samochodu i przygotowaniu się do dalszej podróży. Znając życie po dłuższym czasie miasto odkryłoby przed nami ciekawe zakątki i zakamarki. Jednak, żeby poczuć atmosferę niektórych miast trzeba dać im trochę czasu- a my postanowiliśmy, że nie tym razem.  Są na świecie takie miasta jak Melbourne, Praga czy Rzym, gdzie po pierwszym dniu wiesz, że chcesz więcej i więcej. A są takie jak Christchurch, gdzie po paru godzinach wiesz, że możesz już jechać dalej.

Miasto miastem, ale my mieliśmy to szczęście, że na końcu świata mieliśmy przyjemność spotkać naszych rodaków i spędzić z nimi 2 przyjemne wieczory z polską i nowozelandzką kuchnią, opowieściami zza oceanu i doborowym towarzystwie. Dziękujemy jeszcze raz za gościnę, czas i rozmowy do rana! Podsumowując Christchurch ukazało nam się jako zimne, smutne miasto, z którego chcieliśmy szybko wyjechać. Nie zwiedzaliśmy, nie dociekaliśmy, nie daliśmy mu szansy. Tak więc kupiliśmy samochód i daliśmy nogę.

 

  1. Jezioro Tekapo

Turkusowe jezioro z kapliczką u boku. Głęboki kolor, góry na horyzoncie i urocza kapliczka z widokiem na to cudo tworzą niepowtarzalny klimat żeby się tam zatrzymać. Oczywiście jezioro Taupo nie kończy się na punkcie widokowym obok kaplicy. Linia brzegowa jest długa. Można zostawić samochód na jednym z kilku parkingów i udać się na długi spacer.

fot. kapliczka nad jeziorem Tekapo

 

fot. Jezioro Tekapo

 

fot. Jezioro Tekapo

 

  1. Jezioro Pukaki + Glentanner

Jezioro Pukaki to sławne jezioro, nad którym przy odpowiedniej widoczności rozpościera się widok na Mt Cook. Tak jak w przypadku pierwszego jeziora, linia brzegowa Pukaki jest długa, a miejsc z widokami, które zapierają dech w piersiach mnóstwo. Na jednym z brzegów znajduję się darmowy parking, gdzie można spędzić noc, a rano obudzić się w bajkowej scenerii. Wzdłuż zachodniego brzegu jeziora prowadzi droga, która wiedzie przez Glentanner do Mt Cook Village. Przy bezchmurnej pogodzie błękit nieba odbija się w tafli jeziora, dookoła góry, krystaliczne potoki i wodospady. Przy gorszej pogodzie widoki są nieco mniej zachwycające, ale nadal można podziwiać dzieło natury i czuć jej ogrom wokół. Obok jeziora znajdują się ławeczki, które zapraszają na chwile relaksu, a całkiem niedaleko kawiarenka, która jeszcze bardziej zaprasza do kupienia kawy. Nie daliśmy się długo prosić i przyjęliśmy zaproszenia.

fot. Jezioro Pukaki

 

fot. Kawa nad jeziorem Pukaki

 

 

  1. Mt Cook Village + Muller Lake + Hooker Lake

Mt Cook Village to mała mieścinka, baza wypadowa na konkretne trekkingi dla zaawansowanych i mniej zaawansowanych. W sercu osady znajduję się oczywiście zaplecze noclegowe dla turystów i wspinaczy, parę budynków technicznych, przyjemna urządzona w starym stylu kawiarenka z tarasem widokowym, a oprócz tego dookoła góry, doliny, wodospady, potoki i owiana sławą góra Cooka. Bez dwóch zdań jest to miejsce dla miłośników gór, trekkingów, długich spacerów, wspinaczy i wszystkich tych, którzy kochają obcować z naturą. Oczywiście nawet poza sezonem turystów tam nie brakuje. Jednak nie jest to miejsce gdzie ustawiasz się w kolejce, żeby zrobić zdjęcie. Po drodze mija się innych turystów, ale sami lokalnymi nie jesteśmy więc nie ma się co dziwić, że prawie każdy kto do Nowej Zelandii przyjedzie to najprawdopodobniej to miejsce odwiedzi. Z wioski do Hooker Lake prowadzi Hooker Valley Track. Szlak jest łatwy- to tak jak dłuższy spacer w pięknej scenerii, lekko ponad 5 km w jedną stronę. Na końcu dochodzi się do jeziora Hooker, a za nim już tylko śnieg, lodowce i Mt Cook. Na samym początku na szlaku znajduję się jezioro Muller, które można podziwiać z wiszącego mostu. Miejsce zdecydowanie polecamy ! Sam dojazd tam to radość dla oczu. Oprócz tego klimatyczna wioska, rwące rzeki, mosty i góry to coś pięknego. Góry Cooka nie zdobyliśmy, i zdobyć nie próbowaliśmy, ale to zawsze dobry powód, żeby tam wrócić i zobaczyć jak wygląda to wszystko z innej perspektywy, nieco wyższej.

fot. Jezioro Muller

 

fot. Jezioro Muller

 

fot. Jezioro Hooker

 

fot. Hooker Valley Treck

  1. Wanaka Lake + Hawea Lake + Roy’s Peak

Kolejne jezioro i kolejne warte uwagi, stworzone do podziwiania. Główną bazą turystyczną jest miejscowość Wanaka. Typowo kurortowe miasteczko, oferujące mnóstwo sposobów na aktywne spędzenie czasu w okolicy. Mimo tego, że turyści tam byli to panująca atmosfera pozwalała cieszyć się pięknem tego miejsca. W ciepły, jesienny dzień – niebieski kolor wody oraz kolorowe drzewa zachęcają do tego żeby zatrzymać się tam i czerpać dobrą energię z tego miejsca.  To właśnie na jeziorze Wanaka rośnie samotne drzewo, które samotne jest tylko z nazwy. Co prawda rośnie samo, ale stało się ono jednym z ulubionych drzew przez odwiedzających. Codziennie mnóstwo ludzi uwiecznia je w swoich aparatach i trzeba przyznać, że wybrało sobie całkiem ładną lokalizację. Tak więc zdjęcie z samotnym drzewem mam i ja.

fot. Jezioro Wanaka

 

fot. Nad jeziorem Wanaka

W sąsiedztwie Wanaka znajduję się drugie jezioro, nieco mniej turystyczne. Trzeba przyznać, że poziomem atrakcyjności nie odstaje od pierwszego. Wzdłuż jego zachodniego brzegu prowadzi główna droga, więc widoki można podziwiać zza szyby samochodu. Jezioro Hawea, bo taka jest jego nazwa podobało nam się nawet bardziej. Może ze względu na znikome zainteresowanie w tym czasie przez innych turystów, a może natura tam bardziej do nas przemówiła. Nie musze chyba pisać, że to idealne miejsce na piknik, ponieważ w Nowej Zelandii jest ich na pęczki. Tak czy inaczej było to perfekcyjne miejsce na kawę, więc nie odmawialiśmy sobie tej przyjemności. Czarna ambrozja w doborowym towarzystwie z przepięknymi widokami smakuje jeszcze lepiej . Droga wzdłuż Jeziora Hawea, po jakimś czasie łączy się z wschodnim wybrzeżem Wanaka. Znajduję się tam punkt widokowy, z którego można podziwiać drugą stronę tego cudu natury, gdzie jest nieco spokojniej.

fot. Jezioro Wanaka

Oprócz tych spektakularnych jezior w okolicy znajduję się szczyt: Roy’s Peak, który kusi piechurów, do wdrapania się na jego zbocza. Na górę prowadzi dość stromy szlak, który pot wyciska, nawet jesienią. Trekking tam nie należy do niedzielnych spacerów, ale do wspinaczki sporo mu brakuje. Łączny czas pokonania szlaku w dwie strony to około 5 lub 6 h. Zależy to głównie od szybkości wchodzenia i kondycji. Widoki z góry są cudowne! Z jeziora wyrastają zielone pagóry, na dole widać stada pasących się owiec, miasteczko Wanaka oraz pola dookoła. Mi osobiście przypominało to trochę norweskie lofoty, chociaż muszę przyznać, że dla mnie są one nadal w czołówce i wygrywają w tym rankingu piękna natury.

fot. Roy´s Peak Trail

 

fot. Roy´s Peak Trail

 

fot. Roys Pea´k Trail

 

 

fot. Roy´s Peak Trail

 

 

fot. Roy´s Peak Trail

 

 

fot. Roy´s Peak Trail

 

  1. Wakatipu Lake+ Queenstown

Queenstown – mekka dla miłośników sportów extremalnych, snowboardzistów, narciarzy, imprezowiczów, nocnych marków, ludzi lubiących ruch, aktywność, nocne życie, góry i kozackie hamburgery.

fot. Jezioro Wakatipu

Witamy w Queenstown! To najbardziej znane miasto na wyspie południowej i cieszące się najlepszą renomą. Nic w tym dziwnego. Ze swoim położeniem trafiło w dziesiątkę! Jezioro, góry  idealne do uprawiania zimowych sportów, dobra dostępność komunikacyjna i atmosfera, która sprawia, że to miasto żyje! Nie brakuje tam oczywiście fancy knajpek, kolorowych sklepów z odzieżą outdoorową i wachlarzu możliwości spędzenia czasu wolnego: lot helikopterem, raffting, bungee jumping, paralotnie, spadochrony i wszystko to co adrenalinkę podnosi. Oprócz usług związanych ze sportami extrealnymi Queenstown dba również o nasze żołądki. Może nie tyle o żołądki, co o kubki smakowe. Witryny kawiarenek, piekarni i restauracji zachęcają, a sława jednej z nich obiegła cały świat, a wiedzą o  tym zwłaszcza fani hamburgerów. Ferburger bo tak nazywa się knajpa to legenda, która zwabia na koniec świata wszystkich tych, którzy poddają się swojej miłości do tych przysmaków. Nie daliśmy się długo prosić, jeszcze przed wjazdem do miasta nasz GPS wiedział, gdzie znajduje się owa knajpa. Czekaliśmy tylko na dobry moment, kiedy głód powie tak. Nie zwlekając ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Na szczęście obsługa działa bardzo sprawnie, bo chętnych na hambuksa nie brakuje. Obawiałam się trochę, że reklama zrobiła swoje i mogą nie sprostać oczekiwaniom, które były duże. Ale nie zawiedli ! To był przekozacki hamburger z frytkami! Ja wzięłam standard z wołowinką w normalnych rozmiarze, ale Kaja i Paweł polecieli po bandzie i zamówili XL ! To było coś! Po takim obiadku nawet deser nie wchodził w grę. Co do cen wypasiony XL kosztował 17.90 NZD, a zwyczajny 13 NZD. Ten obiad do najtańszych nie należał, ale na pewno zaliczał się do tych najlepszych.

fot. Ferburger, Queenstown

 

fot. Ferburger, Queenstown

 

fot. Ferburger, Queenstown

 

 

  1. Glenorchy + Paradise

Do Glenorchy dojechaliśmy późnym wieczorem. Mieliśmy nadzieje na kemping i prysznic, prowadzeni przez aplikację WikiCamps. Niestety –  było po sezonie, a tym samym kemping był nieczynny. Cóż darmowe rozbicie namiotu się nie udało, to może jakiś płatny nocleg? Niestety nic w promieniu rozsądnego dojazdu. Może tanie hostele? Hotele owszem, ale żeby tanie? Temperatura spadała poniżej zera więc chcąc mieć komfort dnia następnego i nie obudzić się jako sopel lodu postanowiliśmy zapłacić za najtańszą możliwą opcję. Były to domki dla backpakersów, które temperaturą nie grzeszyły, ale po odkręceniu grzejnika na maxa źle nie było. Ok 35$/os. Rano dobry start z kawą i jajkami na bekonie i można było rozpocząć mroźny, słoneczny poranek z uśmiechem na ustach.

fot. Jezioro Glenorchy

 

fot.  Glenorchy

 

fot. Jezioro Glenorchy

Przyznam, że to miejsce, jezioro Glenorchy, drogi tam, a na koniec wioska, która nazywa się Paradise to jedne z miejsc, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Czułam radość z samego przebywania tam. Tafla spokojnego, turkusowego jeziora odbijała szczyty gór. Oprócz nas nie było tam żywego ducha! Tylko my, natura, zimny poranek i wszechogarniający spokój. Nic dziwnego, że kręcili tutaj sceny z władcy pierścieni. Sama bym wybrała to miejsce, jako jedno z top. Niedaleko Glenorchy znajduję się wioska Paradise. To dopiero była sielanka. Idealne słowo, które opisuje to miejsce to Eden, kraina mlekiem i miodem płynąca, idylla albo po prostu raj. Ja czułam się jakbym przeniosła się do Pana Tadeusza i znajdowała się w Soplicowie z mojej wyobraźni. Może moja wyobraźnia pobiegła trochę za daleko ale z ręką na sercu nazwa raj jest jak najbardziej adekwatna to tego miejsca.

fot. Miejscowość Paradise

 

fot. Okolice miejscowości Paradise

 

 

fot. Miejscowość Paradise

 

  1. Fiordland National Park

Droga wiodąca od Jeziora Te Anau do Milford Sounds jest absolutnie godna poświęcenia czasu i uwagi. Mało ludzi, dużo gór i natury. Sama droga jest urzekająca. Wzdłuż trasy jest mnóstwo punktów widokowych, a oprócz tego wiele miejsc, gdzie można zacząć dłuższy lub krótszy trekking prowadzący do ciekawych miejsc. Nie trzeba się zatrzymywać w każdym, ale poświęcenie czasu na kilka  z nich na pewno nie będzie czasem straconym. Naszym celem było Milford Sounds. Po drodze zatrzymywaliśmy się żeby podziwiać widoki i rozprostować kości. Ten region oferują lasy deszczowe, rwące rzeki, jeziora, góry, wodospady. A wszystko to skompresowane na stosunkowo małej powierzchni.

fot. Mirror Lakes

 

fot. Mirror Lakes

 

fot. Chasm

 

fot. Widoki podczas drogi przez Fjordland

Milford Sounds można zwiedzić na parę sposobów, pieszo, kajakiem, czy statkiem. Pieszy trekking trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. W zależności od sezonu chętnych jest mniej i więcej, ale zawsze są. Link do rezerwacji: http://www.doc.govt.nz/parks-and-recreation/places-to-go/fiordland/places/fiordland-national-park/things-to-do/tracks/milford-track/fees-and-bookings/ . Co do kajaka, to latem na pewno jest cudnie. Przyznam, że jesienią nie widziałam żadnego śmiałka, ale może i jest opcja. Trzecia alternatywa to statek. Opcja statek sam w sobie, ale statek wraz z lunchem. My wybraliśmy statek + lunch, bo akurat o godzinie o której byliśmy na miejscu był z lunchem wiem czemu nie? Cena nie różniła się więc tyle dobrego. Bilety kosztują od 80 do 90 NZD. O tyle o ile droga na Milford Sounds zwalała z nóg, o tyle sam rejs nas na kolana nie położył. Oczywiście było ładnie, były małe foki, były wodospady i fiordy rzecz jasna. Ale spędzając sporo czasu w Norwegii co nie co się już widziało i szczerze mówiąc po zobaczeniu lofotów, rejs po Milford Sounds jesienią nie należał do tych łaaaaaaał! Nie poleciłabym tego rejsu, zwłaszcza że bilet wcale tani nie był. Chylę czoła jednak lunchowi. Było naprawdę smacznie i do wyboru do koloru: owoce morza, mięsko, różności azjatyckie,owoce, kawa, herbata, a na koniec nawet lody. Podsumowując Milford Sounds było bardzo ładne i nie chcę dawać krzywdzącej opinii. Jednak myślę, że trekking tam byłby dużo lepszą opcją! Trzeba tylko pamiętać o rezerwacji. Dzięki temu, na szlaku nie ma tłumów i Nowozelandczycy mogą kontrolować ruch turystyczny, tak aby ludzie nie zadeptali tego co piękne.

fot. Milford Sound

 

fot. Milford Sound

 

fot. Milford Sound

 

  1. Bluff + Slope Point

Oba te miejsca uchodzą za koniec świata.  Nowa Zelandia już jest dla nas końcem świata, a tu jeszcze koniec świata na końcu świata! Pewnie, że chcieliśmy tam pojechać. Mimo wielu negatywnych opinii o Bluff, że nic tam nie ma, czuć w powietrzu zapach ryb i ogólnie nic specjalnego- pojechaliśmy to sprawdzić. Okazało się, że rzeczywiście śmierdzi rybami, mocno wieje, klimat raczej depresyjny, widoki mocno zwyczajne, a na końcu stoi żółty drogowskaz. Nie polecam. Jak dla mnie szkoda kilometrów.

fot. Bluff

 

fot. Bluff

 

Drugim końcem świata, czyli punktem wysuniętym najbardziej na południe ( nie wliczając Stewart Island) jest Slope Point. Tam widoczki już pierwsza klasa. Droga asfaltowa zamienia się w szutrową, dookoła łąki, owce i błękit oceanu! Slope Point zasługuje na odwiedziny i na pewno kilometrów nie szkoda. My koniec świata widzieliśmy tylko z daleka. Niestety w tamtym czasie coś na drodze nie wydarzyło i zamknęli dojazd na każdy możliwy sposób więc pocałowaliśmy klamkę. Tak więc Bluff- nie, Slope Point- tak. Po drodze z Milford Sounds do  Bluff mija się jedno z większych miast Invercargill. Miejsce dość smutne, bez oznak radości życia, dotknięte przemysłem morskim, rybami i lekką depresją. Gówna ulica z pamiątkami oczywiście była, nawet Starbucks więc ludzie tam żyją. Na dłuższą chwilę nie polecam.

  1. Dunedin+ Katiki Point + Moeraki

Dunedin specjalnie nie zwiedzaliśmy. Miasto wyglądało jednak przyjaźniej niż Invercargill. Obierając kurs na Pack’n’Save ( supermarket) rzucił nam się w oczy wielki napis Cudburry World. Nie muszę chyba pisać, gdzie znaleźliśmy się 5 minut później? Do muzeum czekolady nie wchodziliśmy, ale do sklepu i kawiarni owszem ! Ta kawa z czekoladą made my day! To była przepyszna mocha z kokosową czekoladą coś pięknego. Takie niespodzianki rano lubię!

fot. Fabryka czekolady Catbury Land

 

fot. Kafajka w fabryce czekolady Catbury Land

Z naładowanymi bateriami pojechaliśmy dalej zobaczyć foki i pingwiny. Celem było Katiki Point. Miejsce urodziwe, droga sielska, tylko dlaczego znowu było zamknięte? Tym razem droga na Pinguin Lookout była nieczynna. Pożegnaliśmy się więc tutaj z pingwinami, ale za to foczki i lwy morskie były. Jestem fanem podglądania dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku. Lwy morskie leniwie leżały i śmierdziały, a foczki bawiły się w wodzie, albo leniły się na słońcu.

fot. Droga na Katiki Point

 

fot. Katiki Point

 

fot. Katiki Point

 

fot. Katiki Point

 

fot. Katiki Point

Po drodze na północ mijaliśmy Moeraki, czyli okrągłe kamienie na plaży i w morzu. Zboczyliśmy z trasy żeby je zobaczyć i tak jak myśleliśmy nic specjalnego. Parę kamieni, mnóstwo chińczyków i tyle. Jak ktoś ma ochotę na spacer po plaży to jak najbardziej. Jak ktoś jedzie tutaj specjalnie po to, żeby zobaczyć te kule to nie warto. Na trasie mijaliśmy kolejne miasteczko, gdzie można spotkać kolonie pingwinów. Miasto nazywa się Omaru i pingwiny faktycznie są ale my nie mieliśmy szansy zobaczyć ich tutaj z bliska. Za to śmierdzące lwy morskie owszem. Widzieliśmy je na tyle blisko, że mogliśmy je poczuć.

fot. Moeraki

  1. Arthur Pass

To jedno z najpiękniejszych i najzimniejszych miejsc na Wyspie Południowej. Można tutaj zobaczyć kiwi, który ma swoje siedliska w tych okolicach. My widzieliśmy tylko znak, że kiwi tu występuję i na tym koniec. Kiwi jest trudno uchwytną zdobyczą. Zazwyczaj w dzień śpi a uaktywnia się nocą.

fot. Arthur Pass

Nie tracąc nadziei na spotkanie, udaliśmy się w treka. Treking w góry o tej porze roku nie należał do łatwych zadań, ze względu na śnieg, lód i śliską powierzchnię. Trochę adrenalinki po drodze i udało się wejść na szczyt.  Widoki na masywne, ośnieżone szczyty i wąską przełęcz są bezcenne. Na górze znajduję się schronisko, a raczej budka gdzie można odpocząć itp. Nie był to sezon więc nikogo tam nie było, a ściany odbijały echo, ale miejsce w sam raz żeby uchronić się przed wiatrem i zjeść lunch. Czas trwania treka jest zależny od sezonu i trasy. My kempingowaliśmy około 2 h drogi od wejścia na szlak. Rano spokojnie dojechaliśmy do miejsca, napiliśmy się kawy i około 12 zaczęliśmy trekking. Zdążyliśmy wejść, zejść i podziwiać widoki z góry. W naszym przypadku, gdzie szlak był pokryty śniegiem i lodem rozsądnie było zejść przed zachodem Słońca, i tak też zrobiliśmy. Jeden dzień na dojazd tam z darmowego kempingu, trek, i oddalenie się w miejsce kolejnego darmowego miejsca do kempingowania wystarczy. Oczywiście jeżeli ktoś chciałby spędzić tutaj więcej dni na piesze treki w górach na pewno by się tutaj nie nudził. To miejsce to zdecydowane 10/10.

fot. Nocleg przed Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

 

fot. Arthur Pass

  1. Abel Tasman National Park

Do Parku udaliśmy się w celu trekkingu wzdłuż wybrzeża. Przeznaczyliśmy na ten trekking jeden dzień. Szlak jest bardzo długi i dobrze jest podzielić go na 2 dni. My spacer zaczęliśmy w miejscu Abel Tasman National Park Carpark. Jeżeli zdecydujecie się na jeden dzień trekkingu, to niestety trzeba wrócić ta samą trasą na parking. Jeżeli wybieracie opcję z noclegiem to wcześniej trzeba zarezerwować nocleg na trasie. Przykładowo 30 km od miejsca startu znajduje się Awaroa Camp site . Tam można spędzić noc i nad ranem ruszyć dalej. My nie korzystaliśmy z noclegu i w punkcie Yellow Point, który jest oddalony 7,5 km od parkingu zawróciliśmy. Był to przyjemny, długi spacer wzdłuż wybrzeża przez ‘paprotkową’ dżunglę. Po drodze szczególnie podobała nam się spokojna plaża przy Apple Bay i nietuzinkowa dla nas flora. Czy ten szlak ma coś wspólnego z achami i ochami? Nie do końca… Nie możemy powiedzieć, że nie warto tam jechać, bo na pewno warto. Jednak to miejsce nie zrobiło na nas super wrażenia. Chyba jednak wolimy góry …

fot. Apple Bay

 

fot. Apple Bay

 

fot. Abel Tasman National Park

 

fot. Abel Tasman National Park

 

 

fot. Abel Tasman National Park

 

 

fot. Abel Tasman National Park

Naszą przygodę z południową wyspą zakończyliśmy w Picton. Przyjemna mieścinka otoczona górami, gdzie czeka się na opuszczenie wyspy południowej promem. Przepłynięcie Cieśniny Cooka z Picton do Wellington zajmuje około 3 godzin. Można wybrać firmę Interislander lub Bluebridge. Jeżeli nie bookujemy biletu z własną kabiną to nie ma to większego znaczenia, którą firmę wybierzemy. Ceny są podobne. Główna różnica pomiędzy kosztami za bilet dotyczy pory rejsu- dzienne są droższe od nocnych. Za dnia możemy podziwiać piękne widoki, jednak wtedy trzeba zapłacić nieco więcej za bilet. W nocy nie widać nic, ale bilety są tańsze. Prom pływa około 5 razy dziennie zależy od sezonu. Bilety można kupić on-line. My bookowaliśmy je z małym wyprzedzeniem około 4 dni i nie było problemu z wolnymi miejscami, nawet w dniu wyjazdu ( maj, poza wysokim sezonem). Cena za osobę to około 60 NZD. Z samochodem jest drożej adekwatnie co do wielkości auta. My za 3 osoby z samochodem Honda Odyssey zapłaciliśmy około 290 NZD.

 

Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej o Nowej Zelandii zajrzyć do innych wpisów:

JACHTOSTOP NOWA ZELANDIA

NOWA ZELANDIA – INFORMACJE PRAKTYCZNE

NOWA ZELANDIA- CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE PÓŁNOCNEJ

 

 

3 thoughts on “NOWA ZELANDIA –CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE POŁUDNIOWEJ?

  1. Niestety tytuł wpisu okazał się pułapką. Jaki sens w tekście typu “Co warto zobaczyć?” pisać o rzeczach, których wg Was zobaczyć nie warto?

    Co do Christchurch to bodajże w 2011 roku centrum miasta zostało zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi, po którym do tej pory nie zostało odbudowane.
    Natomiast ta “kapliczka” nad jeziorem Tekapo to Kościół Dobrego Pasterza (https://en.m.wikipedia.org/wiki/Lake_Tekapo).

    1. Cześć 😉 napisałam, że mnie miasto nie ujęło, ale jako baza wypadowa jest ok. Poza tym jak ktoś ma dużo czasu i lubi zwiedzać miasta to pewnie przy bliższym poznaniu można odkryć ciekawe zakątki 😉

      Pozdrawiam

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *