JACHTOSTOP NOWA ZELANDIA

Pokuszę się o śmiałe stwierdzenie, że jachtostop to małe marzenie każdego autostopowicza. A jeżeli nie każdego, to na pewno prawie każdego. Podróżnik, turysta, żeglarz, osoba żądna przygód, czy lubiąca czuć ogrom natury i wszyscy Ci , którzy na hasło ocean, żagle, łódka, choroba morska odpowiedzą  „wchodzę w to” powinni spróbować swoich sił w tej branży . Tyle samo ile łódek pływa po świecie tyle jest doświadczeń i opinii o  jachtostopie. To co przeżyjesz i w jaki sposób na pewno zależy od Ciebie, ale również od kapitana, załogi, jachtu, warunków pogodowych, trasy rejsu i mnóstwa innych czynników, które towarzyszą wyprawie. Jedno jest pewne przygoda na łódce jest nieprzewidywalna i jedyna w swoim rodzaju. Podróży jachtostopem nie można przyrównać do żadnej innej.

Fot. 1 Cieśnina Torresa

Od czego zacząć kiedy są marzenia, ale nie ma doświadczenia? W takim przypadku najlepiej zacząć od decyzji. Jeżeli decyzja jest pozytywna, to jest to najlepszy czas na start poszukiwań, czyli – gromadzenie informacji o sezonach żeglarskich, o tym jak szukać jachtów i o tym, jak to wszystko właściwie wygląda.

O sezonach żeglarskich wyczytaliśmy trochę informacji w sieci, jednak zdecydowanie najlepszą skarbnicą wiedzy w tej dziedzinie jest książka Jimmy Cornella ‘World Cruising Routes’. Można w niej znaleźć konkrety dotyczące sezonów, regionów i tras, czyli- skąd wypłynąć, gdzie płynąć i kiedy jest na to najlepszy czas.

JACHTOSTOP W NOWEJ ZELANDII KROK PO KROKU

Fot.2 na jachcie…

W tym poście chcemy podzielić się naszą krótką historią związaną z jachtostopem, a dokładniej: jak znaleźć łódkę z Nowej Zelandii na wyspy Pacyfiku, lub do Australii. Żeby wszystko było jasno i klarownie poniżej wypunktujmy najważniejsze etapy związane z całym przedsięwzięciem. Zaczynamy:

  1. Najlepszy sezon na rejs z Nowej Zelandii w kierunku wysp Pacyfiku lub Australii ( Cairns, Darwin) to okres od kwietnia do czerwca. My ogłoszenia rozwiesiliśmy w połowie czerwca, a z Nowej Zelandii wypłynęliśmy 14 lipca. Jesteśmy przykładem, że pod koniec sezonu lub trochę po, też można złapać jacht. W końcu zależy nam na tym jednym, a nie na większości. Jednak mimo wszystko w sezonie na pewno szanse są większe, a co za tym idzie więcej ciekawych propozycji.
  2. Napisać i powiesić ogłoszenia w marinach i wszystkich miejscach, gdzie zobaczą je potencjalni kapitanowie. Sugerujemy napisać je na komputerze i wydrukować. Takie prezentują się na tablicach lepiej niż te pisane odręcznie na kartach w kratkę bez zdjęcia. Nie jest to oczywiście regułą, że kto ma ładniejsze ogłoszenie to dostanie jacht. Na nasze oko te ze zdjęciem, pisane czytelną czcionką wydają się bardziej poważne. Sedno to treść, a nie przysłowiowa okładka, ale pierwsze wrażenie też się liczy. Tak więc zainwestujmy w druk. Kolorowy plakat wygląda jeszcze lepiej, ale przyznaje, że my wydrukowaliśmy czarno-biały i nie było najgorzej.

Fot. 3 Nasze ogłoszenie w gąszczu informacji na tablicy

3. Ogłoszenie powinno zawierać tytuł, czyli np. ‘CREW AVALIABLE’, zdjęcie najlepiej z uśmiechem na twarzy w kapitańskiej czapce (bez czapki też może być 😉 ), krótki tekst o nas, języki w jakich potrafimy się komunikować i doświadczenie, żeglarskie albo każde inne, które według Was przyda się na łódce. Jeżeli tego nie posiadacie, to napiszcie te cechy , które sprawią, że kapitan się wami zainteresuje. Kolejno dobrze napisać podsumowujące zdanie dlaczego właśnie Wy, im zdanie ma więcej polotu tym lepiej. Na końcu kontakt telefoniczny plus adres mailowy i informacja do kiedy jesteście dostępni na terenie tego kraju, czyli data ważności ogłoszenia. Poniżej na zdjęciu przykład naszej wersji.  ———>  CREW AVALIABLE

Fot. 4 Nasze ogłoszenie

4. Gotowe ogłoszenia rozwiesić w strategicznych miejscach. W Nowej Zelandii na wyspie północnej są 4 takie miejsca, z czego 2 to zdecydowane TOP, ponieważ każdy statek który opuszcza Nową Zelandię musi udać się tam na odprawę celną. Zacznijmy jadąc od południa na północ.

-pierwsze miejsce ( które do najlepszych nie należy) to Auckland. Teoretycznie można tam znaleźć statek, ale w praktyce wygląda to tak, że szanse są dużo większe w innych miejscach, więc jeżeli jest Ci po drodze lub masz tam kontakty, znajomych, hosta, który mieszka koło portu to warto próbować. My nie wywieszaliśmy naszych ogłoszeń w tym mieście więc nie znamy żadnych sztuczek ani specjalnych miejsc.

– drugie miasteczko to Marsden Cove (to jest jedno z tych TOP). Oprócz mariny i małej infrastruktury nie ma tam zbyt wiele. My nasze ogłoszenia wywiesiliśmy tam w paru miejscach: w kawiarence, w marinie, tuż przed nią niedaleko toalet  na tablicy ogłoszeń, w pralni i w biurze mariny.

Fot. 5 Ogłoszenie w kawiarni- Mersden Cove

– Whangarei to duże miasto z portem. W samym centrum znajduję się urokliwa marina, gdzie stacjonuje sporo łódek. Ogłoszenia wywiesiliśmy w pralni, oraz w warsztatach łodzi znajdujących się po drugiej stronie rzeki. Udało się nam także zostawić kilka ogłoszeń w sklepach ze sprzętem żeglarskim i na tablicy ogłoszeń w sklepie Pack’n’Save w pobliżu mariny. Tam ogłoszenie trzeba było napisać na specjalnych sklepowych karteczkach.

Fot.6 Marina w Whangarei

Fot.7 Biuro Mariny- Whangarei

 

– Opua (  drugie z tych TOP, miejsce, gdzie znaleźliśmy naszą łódkę). Tak jak w przypadku Marsden Cove dla turystów za wiele tam nie ma, ale dla żeglarzy owszem. Ogłoszenia zostawiliśmy w yacht clubie na tablicy, w pralni, w sklepie pożywczym ( tablica na witrynie), rozmawialiśmy z agentem ubezpieczeniowym, który ponoć zna tam wszystkich, a jego biuro jest tuż przy biurze mariny i to by było na tyle. W feedbacku otrzymaliśmy informację, ze nasz kapitan ogłoszenie przeczytał w pralni , więc to był ten szczęśliwy traf.

Fot.8 Marina w Opua

Fot.9 Marina w Opua

  1. Teraz są dwie opcje: zwiedzasz Nową Zelandię i czekasz na odpowiedź ( dobra opcja, kiedy wiza jeszcze się nie kończy, i masz spory zapas czasowy). Drugim rozwiązaniem jest przeznaczenie dużej ilości czasu na spacery po marinach i rozmowy z wszystkimi ,których spotkasz na swojej drodze. Rzadko tam można trafić na ludzi, którzy nie mają powiązania z łódkami i morskim życiem. Działa to jak w autostopie rozmowy z kierowcami na stacjach benzynowych lub parkingach. Mówisz kim jesteś, czego szukasz itp.

My wybraliśmy opcję pierwszą. Pod koniec czerwca mariny nie przypominały nocnych marketów w Azji. Bliżej im było to obszarów, gdzie życie raczej umarło, a od czasu do czasu ktoś wypełza ze swojej łódeczki do yacht clubu zjeść rybę z frytkami i napić się czerwonego wina. W dzień rozwieszania ogłoszeń próbowaliśmy szczęścia w rozmowie z kilkoma żeglarzami. Zazwyczaj kończyło się na tym, że życzyli nam powodzenia i odprawiali z kwitkiem. Z pewnością jednak warto próbować. Każdy ze spotkanych próbował nam pomóc i podsuwał kolejne pomysły na znalezienie jachtu.

Fot.10 Port w Numea

 

PRZEPROWADZKA NA STATEK

Fot. 11 Poranne rytuały

Dzięki odezwie jednego z kapitanów mieliśmy szanse skosztować życia na statku. Po tygodniu od rozwieszenia naszych ogłoszeń dostaliśmy wiadomość tekstową od kapitana, który płynie z Nowej Zelandii do Wielkiej Brytanii ! Kawał świata. My szukaliśmy łódki na wyspy Pacyfiku. Planem były małe kroczki przybliżające nas do Ameryki Południowej. Europe kochamy, ale jeszcze za wcześnie dla nas na powroty. Po krótkiej rozmowie między sobą zdecydowaliśmy się zmienić plany. Postanowiliśmy, że chcemy towarzyszyć kapitanowi jako załoga w pierwszej części jego podróży. Tym samym zgodziliśmy się na rejs przez Nową Kaledonię do australijskiego Darwin. Nie było nam to po drodze, ale nie codziennie dostaje się  SMSki z taką propozycją, a przygoda na łódce już dawno była w naszych głowach. Pomyśleliśmy jak nie teraz to kiedy? Szybko odpisaliśmy, że oferta jest dalej aktualna i spotkaliśmy się w marnie na kawie. Tam, po rozmowie o warunkach rejsu obie strony powiedziały tak. No to mamy łódkę ! Byliśmy w szoku, że poszło tak gładko, mimo tego, że marina stała prawie pusta, na dworze temperatura nie rozpieszczała. Portowe biura mówiły tylko jedno- „jest już po sezonie, prawie wszyscy odpłynęli”. Dobrze, że dodawali prawie, bo jak widać nie wszyscy. Po zgodzie na rejs do Darwin dostaliśmy kolejną wiadomość, czy nie chcemy płynąc jako część załogi na Tonga… Było to dla nas potwierdzenie, że pomimo braku sezonu statki wciąż wypływają i potrzebują załogi. Propozycja kusiła, kierunek się zgadzał, ale słowo się rzekło i w tamtym czasie byliśmy już w trakcie przygotowań do rejsu Nowa Zelandia- Australia. Odmówiliśmy. Dzięki temu nasza przygoda z jachtostopem rozpoczęła się pod okiem Tony’ego.

Fot. 12 Kapitan Tony za sterem

Nasz Kapitan to Brytyjczyk, który spędził 5 lat swojego życia w Stanach, po czym przeprowadził się do kraju Kiwi. Tam spędził kolejne 12 lat. Osiedlił się w górach w Queestown, założył swój biznes ze źródłami geotermalnymi, wszystko sprzedał, kupił jacht i wraca do UK. Sam do tej pory nie rozumie, dlaczego to robi. Jedno jest pewne – ten człowiek kocha swoją łajbę i życie na niej. Tam gdzie jest ona, tam jest dom- sprytne.

Fot. 13 Jedna z wysp Nowej Kaledonii

 

Fot. 14 Tony ze swoim jachtem

Warunki naszego rejsu były proste, pomagamy w przygotowaniach jachtu do rejsu, dzielimy się wachtami, pomagamy podczas rejsu i ogólnie bierzemy czynny udział w życiu na łódce. Co do kosztów, to płacimy za nasze jedzenie. Inne opłaty związane z postojami w marinach, czy paliwem nas nie interesują. Ważne, żeby te kwestie dokładnie ustalić przed wypłynięciem.

Dwa tygodnie przed rejsem przeprowadziliśmy się do naszego tymczasowego, nowego domu. Dostaliśmy kajutę na rufie z dużym łóżkiem i playstation (hura!!!) Dla wyjaśnienia nie jestem fanem tego typu rozrywki, za to Paweł… Naszym zadaniem było przygotowanie jachtu do wypłynięcia, tak aby pomyślnie przeszedł inspekcję i był gotowy na przygodę. W tym czasie nie sprzedaliśmy jeszcze naszego samochodu, co bardzo ułatwiło zakupy i inne sprawy związane z transportem rzeczy na lądzie. Jeżeli jesteś właścicielem jachtu, ale po wyjściu na ląd nie masz żadnego środka transportu to zwykłe niewinne spożywcze zakupy przeobrażają się w wielką wyprawę na gumowym pontonie przez całą zatokę. Oprócz samochodu użyteczne były oczywiście nasze ręce. Pomagaliśmy w drobnych pracach na tyle na ile było to możliwe, przygotowaliśmy wcześniej posiłki ze świeżych warzyw i mięsa, żeby później tylko rozmrozić je w mikrofalówce i gotowe. Warto było to zrobić .W momencie kiedy morze szaleje ciężko jest złapać równowagę w kuchni, a co dopiero gotować. Oczywiście da się to zrobić, ale przy ciężkich warunkach ma się to nijak do jakiejkolwiek przyjemności.

Fot. 15 Centrum dowodzenia , jedyne czego brakuje to ster.

 

Fot. 16 Nasz salon

Oprócz prac dostaliśmy gratis fenomenalny kurs żeglowania po morzu. Zaczęliśmy od krótkich przejażdżek po zatoce, aby w końcu pływać na kilka dni z noclegom na kotwicy w jakimś ładnym miejscu. Celem było oczywiście przygotowanie nas na rejs, i spokojny sen kapitana, podczas naszych wacht. Jesteśmy ogromnie wdzięczni za taką dawkę wiedzy oraz doświadczenia, która wpompował w nas Tony. Wiemy, że taka wiedza jest w cenie, więc tym bardziej cieszymy się z czasu, który nam poświęcił. Doceniamy jego wyrozumiałość i cierpliwość w tłumaczeniu nam pewnych zjawisk w języku który nie jest dla nas ojczystym. Przed 6 dni żeglowaliśmy po zatoce Bay of Islands podziwiając przy tym uroki Nowej Zelandii z zupełnie innej perspektywy. Dzięki temu mogliśmy zdobyć parę szczytów niezamieszkanych wysypek i ścigać się z delfinami.

Fot. 16 Nasz kurs żeglowania obejmował podziwianie takich widoków ( NZ)

Fot. 17 Delfiny to dobry znak 🙂

OBOWIĄZKI PODCZAS REJSU:

Kwestia obowiązków zależy głównie o tego jak widzi całą sprawę kapitan. On jest szefem na statku, więc on ma największą decyzyjność. W naszym przypadku wyglądało to tak:

  1. Przygotowywanie obiadów.

Nie było powiedziane, że to nasz obowiązek, jednak życie pokazało gdzie jest nasze miejsce na statku- przy garach. Oczywiście nikt nas do tego nie przymuszał. To była nasza decyzja. Już wyjaśniam dlaczego wzięliśmy to na siebie. Oprócz nas i kapitana w rejsie brał udział również 37 letni Amerykanin. Ani jeden, ani drugi szefem kuchni nie był. Nie uśmiechało się nam codzienne jedzenie zupki chińskiej i jajecznicy z mikrofali, więc to my postanowiliśmy wcielić się w role kucharzy. Przyznaje, że szło nam całkiem dobrze. Kapitał głodny nie chodził.

Fot. 17 Komplet załogantów, czyli my i Jason z USA

Fot. 18 Komplet załogi z kapitanem włącznie

  1. Nocne wachty.

Fot. 19 Sądząc po kolorach nieba jest ok. 5 nad ranem…

Zwykle nocne wachty dzielone są od 8 wieczorem do 8 rano, czyli 12 h podzielone na 4 uczestników wyprawy, co wypada 3 godziny na głowę. Ze względu na to, że był to nasz pierwszy rejs na otwartych wodach kapitan zadecydował, że ja z Pawłem możemy je odbywać wspólnie. Tak więc czas trwania wachty wydłużył się o godzinę. Każdemu to pasowało i nikt z tego powodu nie płakał. Na czym polega nocna wachta? Tutaj znowu wszystko zależy od kapitana.

  • Ogólnym celem jest sprawowanie pieczy nad statkiem, obserwowanie czy na horyzoncie nie pojawiają się ‘niebezpieczne’ światła, ponieważ niestety nie wszystkie statki pojawiają się na radarze.

 

Fot. 20 Kokpit i instrumenty potrzebne do kontrolowania jachtu

  • Czasami sterowanie także wchodzi w zakres obowiązków ( jeżeli autopilot ma z jakiś względów odpoczynek).
  • Sprawdzanie co jakiś czas, czy jesteśmy na kursie i trymowanie żagli odpowiednio do wiatrów. Brzmi groźnie, ale najczęściej na pełnym morzu wiatr wieje z jednego kierunku, więc to nie jest to samo co w zatokach.

Fot. 21 Jeden z ważniejszych instrumentów – chart ploter, który pokazuje aktualną pozycję i obrany kurs

  • Kolejna sprawa to pojawienie się jakiegoś statku na horyzoncie. Im bliżej lądu tym więcej potencjalnych zagrożeń, jednak na morzu rzadko zdarza się zobaczyć inny statek z bliska, no ale czuwać trzeba.

Fot. 22 Sąsiedzi na pełnym morzu nie zdarzają się zbyt często. Jednak czuwać trzeba…

3. Obsługa lin, przy cumowaniu, kotwiczeniu, i zawsze wtedy kiedy jest taka potrzeba. Stawianie i składanie żagli, trymowanie żagli, sterowanie lub jednym słowem żeglowanie. To oczywiście też zależy od Kapitana. Nasz nie miał względem nas wielkich oczekiwań ze względu na nasz brak doświadczenia, jednak po kursie i w miarę z upływu kolejnych dni na łódce spokojnie mógł na nas liczyć.

Fot. 23 Kamizelki w kokpicie stały się codziennością każdej nocy…

Fot. 24  Za dnia bywało różnie 😉

4. Ogólna pomoc w utrzymaniu porządku na jachcie.

5. Wędkowanie! Trochę poza obowiązkami, ale raczej spotykało się z pozytywnym odbiorem. W szczególności z oprawieniem, przyrządzeniem i podaniem do stołu świeżej rybki.

Fot. 25 świeży tuńczyk zawsze spoko 🙂

 

JAK WYGLĄDA ŻYCIE NA STATKU?

Fot. 26 Żeglowanie to nie tylko obowiązki 🙂

Fot. 27 Przyłapany na gorącym uczynku

Jacht kapitanowie traktują jak swoje mieszkanie i środek transportu w jednym więc wprowadzając się na statek zdawaliśmy sobie sprawę, że będziemy zarówno gośćmi, współlokatorami jak i pracownikami. Podczas rejsu panują trochę inne zasady niż podczas postoju w marinie, czy na kotwicy. Przede wszystkim statek jest schronieniem i tym co ratuje nas przed najgorszym kiedy znajdujemy się na pełnym morzu. Z uwagi na to trzeba otaczać go szczególną troską zwłaszcza kiedy daje nam sygnały, że coś mu dolega. Takimi sygnałami mogą być dziwne dźwięki lub zapachy, które świadczą o jakiejś awarii. Tak więc każdy członek załogi decydując się na rejs, decyduje się również na dbanie o statek. Podczas postoju w marinie, czy kotwiczenia w zatoce woda, prąd i inne dobra są w zasięgu naszej ręki. No może nie aż tak blisko, ale w razie czego można zapasy uzupełnić nawet jeżeli zepsują się pompy czy inne urządzenia. Sytuacja staje się bardziej skomplikowana jeżeli jesteśmy na pełnym morzu, a od cywilizacji, czy świeżej wody dzieli nas jakieś 600 mM. Mając to na uwadze lepiej z prądem, gazem i wodą postępować oszczędnie. Statek przeważnie jest wyposażony w generator prądu, odsalarkę wody morskiej i zapas gazu w butlach. Jednak to tylko urządzenia więc psują się jak każde inne.

Fot. 28 Nazwy lin i węzły stały się jak bułka z masłem

Druga sprawa to śmieci. Niby niewinny temat, a jednak potrafi uprzykrzyć życie. Podczas rejsu jeżeli śmieć nie jest odpadkiem organicznym trzeba go zatrzymać ze sobą i żyć z nim na pokładzie do czasu zejścia na ląd. W związku z tym każdą puszkę po tuńczyku lub inne rzeczy, które tego wymagają przez wyrzuceniem do śmietnika warto przepłukać wodą. Dzięki temu odór rozkładających się resztek nie rozbije planu przyjemnego żeglowania.

Trzecia sprawa to bujanie. Podczas podróży czasami jest większe, czasami mniejsze, zależy od  fal i wiatru. Żeby nie było strat w ludziach i rzeczach lepiej jedną ręką się czegoś trzymać ( jeżeli warunki są niesprzyjające), a rzeczy mieć ułożone zamykanych szafkach.  W ten sposób przy poruszaniu i bujaniu nic się nie przesuwa, ani nie spada.

Kolejnym aspektem jest ograniczona powierzchnia, brak możliwości pójścia na spacer i wyjścia gdziekolwiek. Jedyna opcja jaka istnieje to ponton albo pływanie wpław. To drugie byłoby całkiem atrakcyjną odskocznią od siedzenia na jachcie. Jednak moja wyobraźnia dotycząca tego co kryję się pod powierzchnią wody na środku morza kazała mi obejść się smakiem tej atrakcyjnej formy spędzenia czasu wolnego. Snorkling oczywiście wchodzi w grę! Warto wiedzieć gdzie można snorklować i co możemy tam spotkać. Wtedy można bardziej skupić się na podziwianiu rafy i kolorowych rybek, niż na stukocie własnego serca. Nie chodzi tu tylko o rekiny, ale także meduzy, trujące rybki, wodorosty lub krokodyle (Australia).

Fot. 29 Poranek w zatoce

Nieodłącznym elementem życia na statku podczas rejsu jest podziwianie wschodów i zachodów słońca. Jeżeli rejs jest długi i na horyzoncie nie ma nic przez kilka dni to takie słońce staję się atrakcją. Wschody i zachody są piękne wszędzie, jednak na otwartym morzu mają one szczególnie urodziwą aurę. Kiedy już jesteśmy po zachodzie słońca w kolejce do podziwiania ustawia się niebo pełne gwiazd. Efekt podobny do nieba nad pustynią, czy outbackiem, czyli imponujący! Brak sztucznego światła sprawia, że w gwiazdy można gapić się pół nocy. Na morzu jest jednak jeszcze jedna świecąca nowość oprócz Słońca, Księżyca i gwiazd. Tą nowością są fluorescencyjne glony, które podczas ciemności świecą jak małe świetliki! Zjawisko to jest nie do opisania. Próbowaliśmy to nawet uchwycić aparatem czy kamerą jednak te drobinki są zbyt nikłe żeby je uwiecznić. Przecinając taflę wody można odnieść wrażenie że rozbijamy chmurę malutkich lampek, które jeszcze przez krótką chwilę jarzą się nikłym blaskiem by w końcu zniknąć w ciemnych otchłaniach oceanu.

Fot. 30 Zachody stały się codziennym spektaklem

Fot. 31 Takie tam z zachodem

Fot. 32 Zachód na pełnym morzu

Fot. 33 Nawet na morzu można spodziewać się gości i strudzonych wędrowców 🙂

PODSUMOWANIE

Nasz rejs trwał niecałe 2 miesiące. W międzyczasie nauczyliśmy się na tyle dużo że spokojnie możemy startować w kolejnych edycjach. Mieliśmy szczęście trafiając na świetnego kapitana i nauczyciela. Jednocześnie zdołaliśmy zauważyć nie tylko te „pozytywne” strony, ale i trudności. Dopływając do naszej destynacji, wiedzieliśmy że nie prędko nasza stopa stanie na pokładzie kolejnej łodzi. Mimo tak sprzyjających warunków, wiemy, że 3 tygodnie  na pokładzie to dla nas górna granica. Po zakończeniu rejsu warto poprosić kapitana o dokument potwierdzający przebyte mile morskie i zakres obowiązków na łodzi. Nigdy nie wiesz, kiedy będziesz tego potrzebował. A nóż za pół roku może spotka Cię morska przygoda na pokładzie katamaranu?

Fot. 34 Dopływamy do Darwin!

Fot. 35 Jachtostop jest spoko!

 

Fot.36 Co do pogody to trzeba być gotowym na wszystko

 

 

Fot. 37 No i poza żeglowaniem trzeba nauczyć się robić dobry Grog

Jeżeli chcesz się dowiedzieć więcej o Nowej Zelandii zajrzyj do innych postów:

NOWA ZELANDIA –CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE POŁUDNIOWEJ?

NOWA ZELANDIA- CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE PÓŁNOCNEJ

NOWA ZELANDIA – INFORMACJE PRAKTYCZNE

One thought on “JACHTOSTOP NOWA ZELANDIA

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *