NOWA ZELANDIA – INFORMACJE PRAKTYCZNE

Nowa Zelandia należy do tych państw, po których podróżuje się dość łatwo i bezpiecznie. Jednak zanim wybierzecie ten kierunek warto wiedzieć o paru rzeczach, które ułatwią przemieszczanie się po wyspie i pomogą wydać zamiast fortuny tylko jej pół.

Wiza

wiza turystyczna

Sprawa wizy turystycznej jest prosta. Aplikuje się o nią internetowo, czeka od 10 minut do 3 dni i wiza powinna przyjść pocztą elektroniczną. Gotowe. Z ta wizą możesz przebywać na terenie Nowej Zelandii do 3 miesięcy. Aby aplikować o wizę, najpierw trzeba założyć konto na stronie Immigration New Zealand : https://www.imigration.govt.nz/new-zealand-visas/apply-for-a-visa

wiza pracownicza

Ta wiza wymaga dużo więcej przygotowań i pracy. Aplikuje się o nią również przez Internet, jednak wyznaczony jest na to tylko jeden dzień w roku. W 2017r. ten dzień przypadł na 17 lutego o 10 a.m. czasu Nowej Zelandii. Dostępna pula wiz working holiday na rok 2017/2018 wynosiła 100 miejsc. Jak na 38 mln kraj to całkiem sporo. Proces aplikowania o wizę jest nam znany. W wyznaczonym dniu, o określonej godzinie byliśmy zwarci i gotowi do uzupełniania formularzy. Niestety w tym czasie gościliśmy się na terenie Australii Zachodniej, tuz obok buszu. To miejsce nie miało wiele wspólnego z dobrym Internetem. Mimo wcześniejszego przygotowania i wpisywania danych z prędkością światła strona nie dała rady. Przy każdym zatwierdzeniu wpisanych informacji czas przechodzenia do kolejnego arkusza był zbyt długi. Po 5 minutach było po sprawie a nasz komputerek dalej myślał… Polecamy dlatego miejsce z dobrym i szybkim Internetem plus sprawne urządzenie i ówczesne przygotowanie wszystkich informacji. Co do przewodnika, który pozwala się zapoznać z wizą pracowniczą polecamy bloga: 4evermoments.com, a dokładniej ten oto post: http://4evermoments.com/2015/01/13/wiza-working-holiday/

Nam ten krótki przewodnik bardzo pomógł i informacje zawarte w poście są jak najbardziej aktualne.

Kiedy najlepiej przyjechać do Nowej Zelandii?

Każda pora roku jest dobra. My zdecydowaliśmy się na jesień, ale nie dla kolorowych drzewek, tylko byliśmy akurat blisko więc padło na zimniejsze miesiące. Gdybym miała wybierać to bez dwóch zdań wybrałabym lato, czyli naszą polską zimę. Dlaczego ?- Dlatego, że przyzwyczajona do podróżowania w japonkach i szortach po prostu zmarzłam w tym kraju. Koszulki musiałam zamienić na polary, a czapkę z daszkiem na czapkę z pomponem plus rękawiczki w gratisie. Druga sprawa jesienią brakuje długich ciepłych wieczorów, które w podróży bardzo lubię. Trzecia sprawa spanie w namiocie odpada. Oczywiście można parę nocy tak spędzić, ale do przyjemnych one raczej nie należą. Kolejny powód przemawiający za latem to większa ilość wodospadów i rwących potoków. Zimą wszystko przymarza, więc nie robi to aż takiego wrażenia jakby mogło.

O.K. Teraz plusy jesiennej wizyty w kraju Kiwi. Nie ma tylu turystów. Jesień to nie sezon na narty ani główny sezon turystyczny więc jest dużo mniej ludzi. Druga sprawa te kolorowe drzewa są naprawdę ładne, zwłaszcza kiedy komponują się z turkusowymi jeziorami i surowymi górami.

Zima- zima, czyli nasze polskie lato to najlepszy sezon dla miłośników sportów zimowych. W Nowej Zelandii nie brakuje stoków, lodowców, dobrej infrastruktury i gorącej atmosfery w górskich miasteczkach. Queenstown jest tego najlepszym przykładem. Jeżeli europejskie stoki znasz jak własna kieszeń jedź do Nowej Zelandii.

Jak się tu dostać i jak się stąd wydostać?

Do Nowej Zelandii można dostać się na dwa sposoby: samolotem, albo łódką. Oczywiście opcji jest więcej, takich jak helikopter czy kajak, ale nie popadajmy w skrajności. Najpopularniejszy jest samolot. W naszym przypadku większej filozofii nie było, ponieważ lot zabukowaliśmy z sąsiedniej Australii. Z Europy podróż jest już bardziej skomplikowana i bez jed laga się nie obejdzie. Reguła jest prosta im mniej wydasz na bilet tym lot jest dłuższy, ma więcej przesiadek i istnieje szansa, że możesz nie być zadowolony z obsługi linii lotniczych. Druga zasada jest taka, że większość ludzi ma to gdzieś bo liczą się z tym, że kasa w Nowej Zelandii się przyda i lepiej wydać ją na skok na bungie niż krewetki na pokładzie jabojeta. Ile ludzi tyle opinii.

Kolejne pytanie, do którego miasta lecieć, a z którego wylecieć? Zdaję sobie sprawę, że decyzję często determinuję cena, jednak nie zawsze jest ona bardzo zróżnicowana. Czasami loty do Auckland, czy do Christianchurch kosztują podobnie więc od czego zacząć? Jeżeli przeznaczasz na Nową Zelandię więcej niż miesiąc to spokojnie możesz zobaczyć dwie wyspy. Ja proponuję tą opcję, ponieważ obie są warte uwagi. Skoro tak to najlepiej wylądować na jednej wyspie a wylecieć z drugiej, ponieważ prom między wyspami nie należy do groszowych spraw, a po drugie szkoda czasu na powroty. Jeżeli wybierasz się do Nowej Zelandii ichniejszym latem to nie ma znaczenia od której wyspy zaczniesz. Jeżeli jednak decydujesz się na zimniejsze miesiące to warto pamiętać, że wyspa południowa to ta gdzie śnieg występuje, a mroźne wieczory pojawiają się znacznie szybciej niż na wyspie północnej. Najbardziej popularne są lotniska w Auckland ( wyspa północna) i w Christainchurch ( wyspa południowa).

Druga opcja to łódka. Nie mam wiedzy i nawet nie sprawdzałam ile kosztują łódki skądkolwiek do Nowej Zelandii, ale mam wiedzę i sprawdzałam jak działa jachtostop. Działa tak, że piszę tego posta w pokładu jachtu, stojąc na kotwicy przy jednej z przepięknych wysepek Nowej Kaledoni- jednym słowem działa. Łódkę w kierunku wysp pacyficznych lub Australii można złapać na wyspie północnej w marinach w Marsden Cove, Whangarei czy Opua. Dokładniejsze informacje o tym jak i gdzie szukać znajdziecie tutaj: http://rocknroad.com.pl/2017/09/22/jachtostop-nowa-zelandia/ . Odprawę celną można zrobić w Porcie Opua lub w Marsden Cove.

Czym się poruszać po wyspach?

Samochodem, autostopem, rowerem, piechotą lub wszystkim tym na co pozwala nam wyobraźnia, kondycja i portfel.

Piechota– Szlak Te Araroa, czyli długa droga. Nazwa adekwatna do długości szlaku, który liczy ponad 3000 km i prowadzi od północnych krańców wyspy północnej do południowych wyspy południowej. Brzmi zachęcająco. Wybierając ten środek transportu potrzeba dużo czasu, ale jestem przekonana, że widoki i przeżycia rekompensują wysiłek. Jest to  wyzwanie dla piechurów i turystów, którzy lubią być bardzo blisko natury, a oprócz tego mnóstwo czasu żeby po drodze cieszyć się doświadczaniem drogi. Po spędzeniu 3 miesięcy w Nowej Zelandii uważam, że to wyzwanie warto wpisać na swoją listę MUST TO DO. Miesięczna wędrówka szlakiem ‘camino de Santiago’ pokazała mi, że nie ma lepszego sposobu na doświadczenie podróży niż własne nogi. Nie pokonałam drogi Te Araroa, ale polecam w ciemno.

Samochód

Nasz pobyt był dość mocno zdeterminowany przez samochód. Także do kosztów naszego życia liczyło się dodatkowo paliwo i opłaty samochodowe. Ale od początku:

  1. Kupno auta min. 2000$ NZD max. wg uznania, ale super auta można było znaleźć już za 5000$ NZD. My wycelowaliśmy w coś pośrodku. Popularne było też wynajmowanie campervanów czy busików przystosowanych do podróży – koszt w zależności od standardu ok. 800$ NZD/tydzień. Firmy :
    – b. popularna JUCY (i tu ceny od 50-90$ za dzień),
    – BRITZ (http://www.britz.co.nz/),
    – Travellers Autobarn (https://www.travellers-autobarn.co.nz/)

Ważne: warto zwrócić uwagę czy auto ma certyfikat self-contained. Oznacza to, że jest samowystarczany, czy innymi słowy ma toaletę na pokładzie. Mając taki certyfikat dostępność darmowych miejsc do spania jest dużo większa. Noc na bezpłatnym parkingu dla takich maszyn bez certyfikatu może nas kosztować 200$ mandatu.

Kupno jak i sprzedaż pojazdu wymaga jak to zwykle bywa nieco papierologii. My samochód kupiliśmy u dealera więc większość była łatwa i bezproblemowo wszystko można było załatwić. Jak się później okazało Christchurch było fenomenalnym miejscem, żeby kupować auto.

Żeby kupić auto trzeba je najpierw znaleźć. Do tego pomocą mogą okazać się serwisy takie jak:
– grupy na facebooku ( buy/sell car new zealand, backpackers cars new zealand itp.) Warto zacząć śledzić te grupy jeszcze przed przyjazdem do NZ, ponieważ czasami ludzie oferują dobre ceny zmuszeni zbliżającym się terminem wylotu. Przykładowo:
www.facebook.com/backpackercarsNZ
–  www.trademe.co.nz/motors
www.autotrader.co.nz
– wszystkie stronki związane z tematyką backpackersów typu : http://www.backpackerboard.co.nz/noticeboard/cars-campervans.php

Innym i też skutecznym sposobem jest odwiedzenie stacjonarnych punktów sprzedaży. Samochód stojący na placu może okazać się tańszy, a co lepsze może się tak zdarzyć że będziecie jednymi z pierwszych którzy go oglądają. Dobre auta, które pojawiają się w necie mogą momentalnie zostać wykupione – więc idąc do punktu osobiście można zdążyć jeszcze przed wystawieniem na aukcji internetowej. Będąc na placu możecie zwrócić uwagę na te auta, które jeszcze nie zostały umyte i nie mają jeszcze tabliczki z ceną, bo takie okazy mogą być tymi najświeższymi. Oczywiście jazda próbna i generalne oględziny są koniecznością. Punktów stacjonarnych w Christchurch jest mnóstwo – większość z nich usytułowane jest wzdłuż ulicy Moorhouse. Warto poświęcić dzień na spacer i obejść kilka komisów.
Spacerując tamtędy można zauważyć prywatne ogłoszenia albo samochody zaparkowane przy Hagley Park z numerem kontaktowym.

My trafiliśmy do firmy www.turners.co.nz/ i trzeba im przyznać że cenowo wyprzedają konkurencję – przynajmniej w Christchurch. Wachlarz cenowy – od używanych, starszych okazów – od ok 2500 $ NZD do prawie nowych za kilkadziesiąt tysięcy aut. Nas oczywiście interesowała ta niższa półka, nie znaczy że gorsza. Wybór był całkiem spory. Trafić można było samochody w każdym stylu i różnej kondycji. Nie było łatwo się zdecydować.

Proces kupna

Kupno u dealera jest bajecznie proste. Oni wypełniają wszystkie dokumenty, a ty tylko podpisujesz i dajesz kasę. Mimo, że sprzedawcy nie są zbyt skorzy do negocjacji to po dłuższej rozmowie okazuje się, że sporo mogą. My zbiliśmy cenę prawie o 600 $ i dodatkowo 1 miesiąc ubezpieczenia. Na umowie musi widnieć jakiś adres. Od nas nie wymagano potwierdzenia wynajmu mieszkania, czy czegokolwiek innego, także adres hostelu był wystarczający. Po podpisie na umowie dostajesz małą karteczkę ze swoim nazwiskiem i datą do kiedy auto ma OC i kluczyki. Karteczkę wsadzasz na przednią szybę i można już jechać.

Proces sprzedaży

To już nie jest takie proste. Znalezienie kupca to jedno, ale wyrobienie się z tym w możliwie najkrótszym czasie to drugie. Także my zaczęliśmy od wszystkich serwisów podanych wyżej służących do kupowania. Niestety część z nich żąda opłat za ogłoszenie. My początkowo próbowaliśmy tylko tych bezpłatnych ale w końcu płatna, popularna platforma przekonała nas – Trademe.com.nz. W sumie dzięki temu udało nam się sprzedać auto.

Opłaty ogłoszenia [tabela z ich strony]:

– $39 for an asking price under $1,000
– $49 for an asking price between $1,000-$10,000
– $59 for an asking price above $10,000

Tradycyjne metody umieszczenia kartki z numerem telefonu nie przyniosły nam zbyt wiele, ale z drugiej strony może wam się bardziej poszczęści. Poza tym wszystkie grupy facebookowe z lokalnych społeczności ( strony miasta, wsi, regionu czy wyspy) wchodzą w grę – i tu o dziwo odzew był spory. Kolejna metoda to tablice ogłoszeń – w naszym przypadku w sklepach i marinach.

Ostatnią deską ratunku jest sprzedaż u dealera. Nam zaoferowano mniej niż połowę ceny. Nie ma możliwości negocjacji. Są za to tabelki i jeśli auto się nie wpasuje to w ogóle mogą odmówić kupna (u nas kilka komisów odmówiło, bo auto „stare”).

Znajdując w końcu nabywcę należy wcześniej zaopatrzyć się na poczcie bezpłatny formularz, który musi wypełnić kupujący i sprzedający. Po uzupełnieniu wszystkich pól idzie się na pocztę i sprzedający oddaje swoją część, a kupujący też musi oddać swój i dodatkowo zapłacić ~ niecałe 10 $. My postanowiliśmy spisać ze sprzedającym umowę kupna sprzedaży (podobną do polskiej) ale nie jest to konieczne. Chcieliśmy, żeby przynajmniej coś nam zostało jako dokument po posiadaniu samochodu.

Pomocne aplikacje przy poruszaniu się po Nowej Zelandii

Wikicamps New Zealand – Aplikacja warta uwagi. W jej australijskeij wersji darmowa kończyła się po 2 tygodniach, za to tutejsza działa bez limitów. (Miejmy nadzieję że tak pozostanie). Działa tylko z włączonym Internetem co nie jest jej najmocniejszą stroną. Jednak znajdziecie tam mnóstwo info o noclegach, campingach i atrakcjach. Wystarczy tylko użyć filtra do tego co aktualnie chcecie wyszukać. (Bez filtra jest tego wszystkiego za dużo i nie zawsze jest czytelnie ).

Campermate – Tę aplikację zdecydowanie warto zainstalować. Jest w niej sporo punktów zainteresowań, czy użytkowych takich jak puby, prysznice, atrakcje itp. Widać też, że społeczność, która jej używa wie co i jak. Jeśli coś się zmienia w danej atrakcji czy punkcie – zazwyczaj – są o tym informacje w komentarzach. Najczęściej chodzi o takie sprawy że coś podrożało albo, że jest remontowane czy nieczynne. Można też dodawać własne punkty i to okazało się dla nas bardzo pomocne. Szczególnie jeśli chodzi o miejsca do spania, czy prysznice. Często korzystaliśmy z tych właśnie naniesionych przez użytkowników informacji. Niektóre z zaznaczonych punktów z prysznicem np. przy plaży są zamykane na zime. Jednak można użyć filtra który wyszukuje prysznice gorące – czyli publiczne łaźnie, baseny, stacje benzynowe z gorącym prysznicen itp. Okazało się to b. przydatne.

 

Sieć komórkowa i Internet

W Nowej Zelandii jest co najmniej kilku operatorów sieci komórkowej. Wśród czołówki znajdują się Vodafone i Spark. Ten pierwszy ma nieznaczną przewagę w rozmowach czy smsach ale my zdecydowaliśmy się na Sparka ze względu na super ofertę związaną z Internetem.

Spark PrePaid offer

Zakup karty sim(2$) tego operatora był związany nie tylko z ofertą danych komórkowych, ale głównie z dostępnymi praktycznie w każdym mieście punktami WiFi. Tym zostaliśmy przekonani i opłacało się. Punkty te to zazwyczaj budki telefoniczne z routerem i dostępność do nich jest fenomenalna. Dziennie można użyć 1GB z tegoż źródła, ale w ciągu miesiąca robi to ilość 30GB.

Poza tym moża używać internetu, ale nie ma fajerwerków. Za 19 $ można wykupić 750 Mb. Kiedy nie wykorzystasz wszystkich danych w miesiącu zostają przeniesione na kolejny(“Rollover”). Sim można zamówić za darmo online. My wydaliśmy 2$ w kiosku żeby mieć go od ręki.

Źródło(03/10/2017): https://www.spark.co.nz/shop/mobile-plans/prepaid/

Gdzie i co zjeść? + tanie zakupy

Próbowanie lokalnej kuchni, objadanie się przysmakami i odkrywanie produktów, o których istnieniu nie mam pojęcia to ważna i pyszna część podróży po każdym kraju. W każdym państwie mają zarówno coś pysznego jak i jakieś obrzydlistwo, nawet w Chinach ! Nowa Zelandia w porównaniu z krajami azjatyckimi nie szokuje ale nowości są! Jeżeli chodzi o kuchnie, sposoby przyrządzania, pory posiłków i produkty na półkach sklepowych to z Australią mają dużo wspólnego. Jednak po dłuższym pobycie można zauważyć i odczuć różnice.

Co warto spróbować?

Zacznijmy od supermarketów i półek sklepowych. Pierwszy produkt, który przychodzi mi na myśl to oczywiście kiwi!

Można wybrać tradycyjne zielone, albo pyszniutkie złote. Tutaj mieszkańcy jedzą ten owoc ze skórką. O tyle o ile złote kiwi je się całkiem przyjemnie bo skórka nie jest włochata o tyle z zielonym jest już gorzej. Złote kiwi jest słodsze od tradycyjnego i jak dla mnie wygrywa w plebiscycie smaku. Drugi owoc warty uwagi to fijoa. Występuje głównie w krajach Ameryki Południowej, jednak jego uprawy można spotkać również w Nowej Zelandii. W smaku przypomina cytrus połączony z gumą balonową. Bardzo ciekawy owoc, a zerwany z krzewu smakuje wybornie !

Kolejnym produktem typowym dla kiwi jest miód manuka, czyli król wśród miodów. Pochodzi on z krzewów herbacianych manuka które rosną tylko w określonych regionach Nowej Zelandii. Manuka jest uznawany za numer jeden ze względu na swoje właściwości, przez które bliżej mu to leku niż do zwykłego miodu. Dzięki stężeniu MGO (Methylglyxal) miód manuka zapobiega rozwojowi drobnoustrojów, działa wzmacniająco i antybakteryjnie. Im wyższe stężenie MGO tym działania jest silniejsze, a cena wyższa. Warto w miód zaopatrzyć się w  supermarketach lub sklepach spożywczych. Miejsca, gdzie można kupić pamiątki windują ceny do góry, więc przed zakupem warto zrobić rozeznanie cenowe.

Czekolada Cudburry to żadna nowość, jednak my zakochaliśmy się namiętnie w jednym smaku, który nie jest tak popularny w innych krajach. Czekolada Cudburry rumowa z rodzynkami podbiła nasze serca i była częstym towarzyszem podczas naszej podróży po kraju Kiwi.

Supermarkety

Tutaj za dużego wyboru nie ma. W każdym większym mieście można znaleźć te same marki sklepów spożywczych, a co za tym idzie te same produkty. Najtańszym supermarketem jest Pack’n’Save. Mi kojarzył się trochę z naszą biedronką, lub Aldi więc, nie był moim ulubionym sklepem. Druga pozycja to Countdown. Bliźniaczy supermarket australijskiego Woolworthsa z takim samym logo. Produkty i ceny zbliżone do tych australijskich. Innym supermarketem jest New World, który nie ukrywam, że mi do gustu przypadł, ale niestety był najdroższy ze wszystkich. Jednak kiedy nie można było dostać jakiegoś produktu w dwóch powyższych New World nie zawodził.

Knajpy

Kawiarnie, knajpy, puby, restauracyjki i wszystkie miejsca, gdzie można napić się kawy to kropka nad „i „w każdej podróży. Być może moje słowa są wywołane uzależnieniem od tego czarnego napoju, przez co nie jestem zbyt obiektywna, jednak oprócz kawy zdarza mi się czasami zamawiać inne przysmaki. Miastem bogatym w kuchnie z całego świata jest Auckland. Tutaj można posmakować dań, które z Nową Zelandią nie mają za dużo wspólnego. Dzieje się tak oczywiście przez niesamowitą multikulturowość tego miejsca. Mieszkają tutaj ludzie z całego świata, którzy wzbogacili Auckland w swoja lokalną kuchnię.

Ciekawym, miejscem godnym zobaczenia jest lodziarnia Giapo. Lokal znajduję się w centrum, nie grzeszy wielkością, jednak z grzechem ma dużo wspólnego. Zamawianie lodów w tym miejscu rządzi się swoimi prawami. Na początku Pani z obsługi tłumaczy Ci procedurę i pokazuje menu , jednak nie możesz zobaczyć samych lodów. Nie ma tam wystaw ani przeźroczystych witryn. Jeżeli zainteresuję Cię opis danego smaku , wtedy prosisz o spróbowanie. Można spróbować oczywiście wszystkich jeżeli masz taki kaprys. My spróbowaliśmy co najmniej połowy. Druga sprawa to wybór rożka, kubeczka, miseczki lub wszystkiego tego w czym lód będzie podany. Kiedy już wybierzesz smak, rodzaj wafelka i zapłacisz fortunę, wtedy ekipa z tyłu zabiera się na robienie Twojego loda. Obsługa bardzo się przy tym stara, żeby Twój zamówiony lód podchodził bardziej pod rodzaj sztuki niż pod zwykłe jedzenie, które zaraz zniknie. Trzeba im przyznać, że obsługują klienta indywidulanie, tak żeby można było poczuć, że ten lód jest zrobiony właśnie dla Ciebie. Co do jakości to lody są naprawdę smaczne, jednak moimi ulubionymi nie zostaną. Lepsze jadłam we Wrocławiu w Polish Lodach. Warto wiedzieć, że za loda i za rożek czy inne opakowanie płaci się osobno. Dużo taniej wychodzi gałka loda w kubeczku niż w bajeranckim rożku. Cena opakowania jest równa, albo czasami wyższa niż sam lód. Lepiej o tym wiedzieć przed pójściem do kasy. Tak więc warto zobaczyć, ale nie polecam tego miejsca szczególnie ze względu na wygórowaną cenę nieadekwatną do smaku lodów.

Na szczęście na ul. Ponsby jest inna znana lodziarnia Ben & Jerry. Co prawda sieciówka, ale smak peanutbutter nigdy Cie nie zawiedzie.

Jeżeli macie ochotę na coś zdrowszego od ociekających cukrem lodów polecam knajpkę Mistery. Można tam zjeść dobre jakościowo, organiczne jedzonko, niebanalne ciasta i napić się pysznej kawy lub matcha latte. Lokal ma przyjemny wystrój, jednak do budżetowych nie należy.

Przejdźmy do stolicy. W Wellington w pamięci zapadła mi jedna knajpka ( chociaż na jednej się nie skończyło), gdzie zaserwowali nam bardzo dobrą kawę plus nieziemskiego pączka z nadzieniem a’la tiramisu. Kawiarnia oferuję głównie kawe plus drobne przekąski, jednak trzeba im przyznać , że dobrze prowadzą swój business bo ludzi tam nie brakuje. Znają się na rzeczy, a już na pewno na kawie. Kawiarnia nazywa się Supreme i znajduję się w centrum stolicy.

Idąc śladem kawiarenek warto wspomnieć o jednym miejsc na dalekiej północy, a mianowiście w Bay of islands. Na trasie w nadmorskiego miasteczka Paihia do Keri Keri znajduję się kawiarnia Rusty Tractor. Jak ktoś przejeżdżałby tą trasa to warto wstąpić tam na kawę mokka z migdałowym mlekiem i jabłkowe cruble.

Na wyspie południowej nie mamy aż takiego doświadczenia z knajpkami. Tam ze względu na perfekcyjne warunki królował piknik i kawa z termosu. Jednak mamy jedną perełkę i to wcale nie jest kawiarnia. Mowa tutaj oczywiście o Ferburger w Queenstwon.To miejsce cieszy się światową sławą ze względu na swoje hitowe hamburgery. Kolejka jest co prawda długa, ale obsługa obsługuje sprawnie. Zanim skończysz studiować całe menu jest już Twoja kolej. Lokal jest dość ciasny ale jak chwilę się poczeka bo można usiąść przy stoliku i wsłuchać się w gwar tego miejsca. Ferburger nas nie zawiódł. Hamburgery były pyszne. Ja zamówiłam standardowy z wołowinką plus frytki i najadłam się bardzo. Jednak Paweł i Kaja polecieli po bandzie i wzięli XXL- to był hamburger ! Co do cen. Hamburgery do najtańszych nie należą, ale nikt nie każe nam ich jeść codziennie więc jak już się dotarło do Queenstown to warto przejeść tutaj trochę pieniędzy.

 

 Szczegóły dot. WYSPY POŁUDNIOWEJ:

NOWA ZELANDIA –CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE POŁUDNIOWEJ?

 

 Szczegóły dot. WYSPY PÓŁNOCNEJ:

NOWA ZELANDIA- CO WARTO ZOBACZYĆ NA WYSPIE PÓŁNOCNEJ

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *