JAPONIA – CO WARTO SPRÓBOWAĆ? CZEGO WARTO DOŚWIADCZYĆ? CZYM JEST ZEN?

Decydując się na przyjazd do Japonii, nie mieliśmy pojęcia, że będziemy mieć w tym kraju tak dobry start. Dzięki Minako ( mojej koleżance, która poznałam na szlaku wiodącym do hiszpańskiego Santiago de Compostella rok wcześniej ) mieliśmy okazję pomieszkać razem z jej rodziną w małym miasteczku otoczonym górami, gdzie turyści nie są codziennością. Minako, jako że dobrze władała językiem angielskim przybliżyła nam zagadkową kulturę japońską , pokazała „co się z czym je”, wypełniła nasz czas oprowadzając po jej rodzinnym regionie i wyczerpująco odpowiedziała na nasze pytania dotyczące Japonii. Jej rodzina ugościła nas tak jak nikt nigdzie. Do tej pory nie możemy się nadziwić ile czasu, serca i pracy włożyli w to, żeby jak najlepiej pokazać nam ich mały świat. Muszę dodać, że Minako przez 3 lata podróżowała solo po świecie, więc bardzo dobrze wiedziała, czego nam trzeba! W tym poście opisze pokrótce jak przywitała nas Japonia i czego dowiedzieliśmy się podczas pierwszych dni. W tekście zawarłam wątki takie jak:

  • japońska gościnność
  • japońska kuchnia
  • lekcje medytacji ZEN

 

  1. Japońska gościnność

Mama Minako z nankin tamasudare

Ma ona wiele wspólnego z japońską kulturą. Jest poniekąd jej częścią. Japończycy od młodych lat uczeni są życzliwości wobec innych ludzi, dobrych manier oraz tego co wypada a co nie. Jest to ich wielka zaleta, ale również często wprowadza to nas, obcych w zakłopotanie. Oni są mili, chcą pomóc, ale nie potrafią odmawiać. Jest to wielki minus np. jeżeli chodzi o przykładowy autostop. Czasami naprawdę nie chcemy żeby ktoś zmieniał dla nas cały plan dnia, jechał 120 km w inną stronę – tylko dlatego, że nie potrafi odmówić, bądź uważa to za niegrzeczne. Do tego dochodzi  problem z komunikacją, ponieważ przeważająca część mieszkańców Japonii nie zna języka angielskiego. Niestety takich sytuacji było dość dużo, kiedy to wystawiając palec przy drodze liczyliśmy na samochód, który jedzie de facto w naszym kierunku. Zamiast takich aut zatrzymywali się ludzie, którzy jak się później okazywało wcale nie zamierzali jechać tam gdzie my. Oczywiście pomaganie to piękna idea, którą trzeba szerzyć, tyle że czasami gubiliśmy granicę kiedy odmówić, a kiedy pomoc przyjąć.

spotkanie przy zielonej herbatce 

Druga sprawa to gościnność Japończyków, szczególnie widoczna kiedy przyjmują Cię pod swój dach. W domu Minako spędziliśmy kilka dni. W tym czasie czuliśmy się jak na indywidualnych wakacjach all inclusive z prywatnym rezydentem . A tak na serio to Minako i jej rodzina zadbała o to, żebyśmy naprawdę czuli się jak u siebie w domu. Życzę sobie, żeby w przyszłości przyjmować gości tak jak oni. Jeszcze przed naszym przyjazdem, kiedy z Australii wymieniałyśmy wiadomości, Minako zapytała mnie o nasze preferencje, czego chcielibyśmy się dowiedzieć o Japonii, czego skosztować itp. Kiedy dotarliśmy już na miejsce Mina miała przygotowany plan jak urozmaicić nam pobyt. Oczywiście był on  elastyczny gdybyśmy byli zmęczeni lub mieli inne pomysły. Jednym słowem ona zadbała o wszystko. Odebrała nas z lotniska z Ossaki, nie kazała nam ze sobą rozmawiać w drodze do jej miasteczka, bo wiedziała, że jesteśmy padnięci po podróży. Dostaliśmy swój pokój i spokój pierwszego popołudnia. Minako wiedziała ( bo sama dużo podróżowała z plecakiem), że pierwsze co chcesz po podróży to odpocząć. Powiedziała, tylko że wieczorem jest kolacja, że razem z mamą przygotuje lokalne jedzenie i jak będzie gotowe to nas zawoła. Anioł! Przez wszystkie dni naszego pobytu Minako miała dla nas zaplanowane atrakcje, które z tymi typowo turystycznymi nie mają za dużo wspólnego. Mało tego, każdego dnia mieliśmy dwie opcje i mogliśmy wybrać to co bardziej nam odpowiada, lub nie robić nic i zostać  w domu.

Kongobu-ji

Yura, Shirasakiso

pola ryżowe w okolicy Gobo

Rodzina Minako nie pozwoliła nam kupować jedzenia, a każdego dnia jedliśmy pyszności, które przygotowywali specjalnie dla nas, żebyśmy mogli spróbować więcej przysmaków typowo japońskich, lub tych które są lokalne dla ich regionu. Nie pozwolili nam płacić za żadne wstępy, jedzenie na mieście, składać się na benzynę, ogólnie za nic. Mama Minako zaproponowała nam pranie, a kiedy wracaliśmy do domu czyste ciuchy leżały pachnące i poskładane w koszu przed drzwiami naszego pokoju. Kiedy tylko wspomniałam np. jak jest u was z ceremonią parzenia herbaty, to następnego dnia o poranku  miałam ceremonie. Kiedy powiedziałam, że uwielbiam japońska senshe, to przy pożegnaniu dostałam jej mnóstwo, ponieważ wujek mieszka pod Fuji i one maja tego pełno. A jak podobał nam się uśmiechnięty kieliszek do sake, to razem z herbatą  zobaczyliśmy go w naszej paczce jako pamiątkę.

uśmiechnięty kieliszek do sake

  1. Japońska kuchnia

 

Kuchni tego kraju nie muszę chyba nikomu rekomendować. Doświadczenie mówi mi, że istnieje więcej zwolenników, niż przeciwników japońskich przysmaków. Po pierwsze to jedna z najzdrowszych kuchni na świecie! Duże ilości warzyw, owoców, ryb, owoców morza, wodorostów i hektolitry niesłodzonej zielonej herbaty, gdzie króluje matcha.

rodzina Minako

Minako razem ze swoją rodziną postanowiła pokazać nam namiastkę różnorodnych dań każdego dnia, wybierając dania lokalne tego regionu, oraz kultowe i lubiane w całej Japonii. Właściwie przez cały pobyt w tym kraju zajadaliśmy się zarówno bardziej skomplikowanymi daniami, jak fast foodem , który można kupić w supermarketach. Japoński fastfood to chyba najświeższy i najzdrowszy jaki jadłam. Zamiast dmuchanych kanapek z pastą jajeczną, czy tuńczykową można tanio zajadać się onigiri, czyli kanapką ryżową z niespodzianką w środku. Czasami nadzienie to umeboshi– czyli japońska śliwka, a czasami trafi się łosoś, lub tuńczyk. Zacznijmy od najbardziej rozsławionego w Europie sushi.

  • Sushi  

W Japonii na tle innych dań nie jest ono aż tak popularne, co nie znaczy że nie można go dostać. W większych miastach jest go na pęczki, do wyboru do koloru. Podobnie jest w cenami. Bardziej ekskluzywne restauracje liczą sobie odpowiednią kwotę za odpowiednie zestawy. W przeliczeniu na złotówki za 50 zł zjesz przyzwoite sushi. Nie będąc wybrednym bardzo dobre sushi zjesz również za dużo mniejsze pieniądze. A jeżeli nie chcesz eksperymentować to zawsze w marketach takich jak FamilyMart, Seven-Eleven, czy LAWSON dostaniesz 5 dużych, zapakowanych maków za około 10 zł. Też są dobre. Oczywiście wiele razy jadłam pyszne sushi w Japonii, ale nie mogę powiedzieć, że było lepsze od tego w Australii, Kanadzie, czy Polsce.

  • Ramen 

 Drugie co do popularności japońskie danie. Jest to zupa z pszennym makaronem, gotowana na bazie mięsnej z dodatkiem warzyw. Istnieje wiele odmian ramen w zależności od regionu. Oryginalnie to danie opiera się na zupie Miso, która wywodzi się z Chin. Japończycy zmienili nieco przepis oraz nazwę i tak oto powstał. Gotuje się go na mięsnym wywarze przygotowywanym głównie z wieprzowiny. W smaku przypomina nasz polski rosół. Powstały bulion można urozmaicić poprzez dodanie owoców morza, warzyw, czy jajka (surowego). Oprócz tego oczywiście gruby pszenny makaron. Palce lizać! Nasz ramen zazwyczaj wyglądał tak: gruby makaron, plasterki wieprzowiny i szczypiorek (tonkotsu- ramen). Popularny był również oparty na sosie sojowym ( shoyu- ramen), oraz miso-ramen, czyli z przeważającą pastą sojową miso. Inna opcja to shio-ramen, gdzie bazę stanowi kurczak,a dodatkami mogą być pędy bambusa, ryba, kulki mięsne, czy inne warzywa.

  • Soba 

Danie, które odkryliśmy dopiero w Japonii. Niezwykle proste i niezwykle smaczne! Soba dosłownie znaczy gryka. W przypadku dania to cienki makaron gryczany. Czasami do mąki gryczanej dodaje się mąkę pszenną lub zieloną herbatę, wtedy makaron zmienia nieco kolor i smak. Soba można jeść zarówno na zimno jak i na ciepło. Nam do gustu przypadła zimna wersja dania. Cienki makaron gryczany podaje się na bambusowych tackach. Makaron macza się w sosie tsuyu, w którego skład wchodzi bulion dashi ( mix z wiórków ryby oraz wodorostów), woda lub sake oraz sos sojowy. Do małego naczynia, gdzie nalewamy sobie sosu można dorzucić drobno pokrojony szczypiorek, cebulkę oraz startą białą rzodkiew. Proste, lekkostrawne danie, a jakie pyszne!

  • Sukiyaki

To nasz numer jeden, zwłaszcza przygotowane przez Ojca Mianko! Przede wszystkim samo gotowanie sukiyaki jest bardzo socjalne, ponieważ na środku stołu kładzie się przenośną małą kuchenkę, na której można gotować jednogarnkowe sukiyaki. Przed gotowaniem wystarczy wszystko pokroić na talerze, a później tylko wrzucać do przysłowiowego gara. Wszystko podawane jest na gorąco. No i można wybrzydzać jak jakiegoś składnika się nie lubi, bo „kucharz” przygotowuje wszystko na Twoich oczach. Czym jest sukiyaki? To nic innego jak cienko pokrojone plasterki wołowiny, tofu, grzybów oraz przeróżnych warzyw. Wszystko gotuję się razem w bulionie, na który składa się sos sojowy, cukier oraz sake. Co jakiś czas dokłada się składników i dolewa bulionu, aż wszyscy będą najedzeni. Danie nalewa się chochlą do małych miseczek, można podawać z surowym jajkiem wbitym wcześniej od miski. Ja wolę wersję uboższą, bez jajka.

  • Okonomiyaki

To japońskie placki, pankejki, na które składa się wiele składników. Słowo okonomiyaki oznacza „smaż co lubisz”, bądź „smaż co chcesz”. Placki smaży się na gorącej blasze teppanyaki i spożywa na gorąco, bezpośrednio po przygotowaniu. W niektórych knajpach klienci dostają tylko surowe składniki, z których zażyczyli sobie okonomiyaki i sami smażą sobie placka, doprawiając wedle uznania. Sami byliśmy w pewnej rodzinnej restauracyjce na obrzeżach Tokio, gdzie mieliśmy okazje spróbować swoich sił w japońskiej kuchni. Nasze okonomiyaki wyszły bardzo dobre. Baza naleśnika to mąka pszenna, bulion dashi, jajko, poszatkowana kapusta, cebulka, często papryka i według uznania mięso czyli np. boczek, wołowina lub owoce morza np., krewetki. Ja wybrałam opcje z krewetką i było pysznie. Paweł oczywiście nie przepuściłby okazji na mięsko. Na wierzch naleśnika można położyć sos. Jest to często majonez, ketchup ,sos sojowy, lub mieszanka wszystkich wcześniej wymienionych.

  • Takoyaki

To danie przyrządzone z ciasta i ośmiornicy podawane w kształcę małych kulek. Często do środka dodaje się również marynowany imbir. Smaży się je na specjalnej patelni z wgłębieniami. Na wierzch można polać sos lub majonez.

  • Tempura

To nic innego jak panierowane owoce morza, bądź warzywa krótko smażone na głębokim oleju. Przed podaniem powinno się je odtłuścić poprzez położenie na papierze. Zazwyczaj podaje się z ryżem lub sosami.

  • Niku jyaga

Czyli dosłownie tłumacząc mięso z ziemniakami. Brzmi znajomo? Oprócz tych dwóch składników, które oczywiście przeważają, w potrawie można znaleźć inne gotowane warzywa takie jak np., marchew, czy zielona fasolka oraz makaron konnyaku ( to taki, który nie ma kalorii, składa się głównie z wody, a drugim składnikiem jest bulwa konnyaku. Wszystko z dodatkiem sosu sojowego, sake oraz mirin.

  • Goma-dofu

przysmaki Koyasan, ta biała kostka to goma-dofu

Czyli mix tofu z sezamem. Biała, puszysta, rozpływająca się kostka wyglądająca zupełnie jak tofu. Tyle, że nieco jaśniejsza. O tym przysmaku dowiedzieliśmy się odwiedzając region Koyasan, który zamieszkiwany jest przez mnichów. W tym rejonie można smakować buddyjskiej wegetariańskiej kuchni, która ma pomóc w medytacjach, a jeżeli nie pomoże, to chociaż żeby nie przeszkadzała. Jednym słowem, lekko, zdrowo, z umiarem i smacznie. Wszystko podawane na malutkich talerzykach.

  • Houtou

To danie to specjalność prefektury Yamanashi. Houtou składa się z grubego pszennego makaronu podobnego do Udon ( bardziej płaski), gulaszu powstałego na bazie miso oraz warzyw. W zależności od preferencji można dodać mięso, bataty, dynie, lub owoce morza jako dodatek. My tym daniem zajadaliśmy się dzień przed zdobyciem góry Fudżi. W restauracji, gdzie serwowali houtou porcje były ogromne, a danie niezwykle gorące. Polecam ten gar zupy ! Jedno z moich ulubionych w Japonii.

najlepsze houtou w restauracji Kosaku Hoto Kosaku, Fujikawaguchiko

Kosaku Hoto Kosaku, Fujikawaguchiko

  • Syake cha tuke

Czyli ryż gotowany na zielonej herbacie i wywarze z suszonego łososia. Podawany z suszonymi rybkami i prażonym ryżem. Nie mój smak. Będąc u Minako, jej brat zaproponował nam to danie na śniadanie. Oczywiście spróbowaliśmy, jednak ja jestem fanką tradycyjnych śniadań takich jak owsianka, czy jajecznica.

  • Tradycyjne japońskie słodycze

 

W języku japońskim słodycze to kasi. Te dzieli się na wagashi (o których właśnie mowa, czyli tradycyjne słodkości kraju kwitnącej wiśni) oraz yogashi ( słodycze europejskie). Skupmy się na wagashi. Zazwyczaj wyglądają jak małe kolorowe pralinki. Dla Japończyków niezwykle ważna jest sama czynność spożywania posiłków, oraz łączenia ich z odpowiednimi składnikami o określonych porach. Oni lubią ceremonie dnia codziennego. Japońskie słodycze różnią się od naszych przede wszystkim smakiem, składem oraz wielkością. Głównym składnikiem jest fasola, kleisty ryż, matcha, która farbuje je na zielono, bądź płatki kwiatów wiśni, które nadają im różowej barwy. Innymi popularnymi składnikami, z których przyrządza się desery to orzechy, różne owoce, mąka, a czasami również wytrawne produkty takie jak glony, suszone rybki, ostre przyprawy, czy sproszkowane owoce morza. Co kraj to obyczaj…

  • Sake

Daiginjyo Echigozakura sake 

Alkohol ryżowy, o lekko słodkawym smaku. Istnieje wiele rodzajów sake od mocniejszych to tych lżejszych. Najpopularniejsze nie mają w sobie dużo procentów, z tego względu często nazywa się je winem ryżowym. Ryż poddawany jest procesowi fermentacji i po kilku tygodniach sake jest gotowe. Można je spożywać zarówno na ciepło jak i na zimno. Mieliśmy okazję skosztować lekkiego sake, ale ojciec Minako nie odpuścił nam też tego mocniejszego. To pierwsze podane na zimno jest całkiem smaczne. Tutaj jest jego nazwa: daihakaku senkohi. Dodam, że można je kupić w marketach, które są na każdym rogu typu FamilyMart. Cena jest całkiem przyzwoita.

  • Matcha

To mój ulubiony japoński przysmak. Uwielbiam pić z niej herbatę, dodawać do ciast , lody o jej smaku i oczywiście matchalatte . Jest pyszna, zdrowa i niestety w Polsce bardzo droga. W Japonii do najtańszych nie należy, ale w konfrontacji z innymi produktami nie wypada aż tak źle. Przede wszystkim jest dostępna wszędzie. Można kupić matcha o bardzo wysokiej jakości, oraz nieco mniejszej. Oczywiście cena jest odpowiednia do produktu. Najbardziej popularna i smaczna jest w okolicach Kioto.

Dla niewtajemniczonych matcha to drobny zielony proszek, który powstaje poprzez zmielenie liści zielonej herbaty. Można pić również herbatę z liści, bez uprzedniego ich zmienienia na drobno. Matcha jest bogata w przeciwutleniacze, aminokawasy oraz inne składniki mineralne. To niewątpliwa królowa wśród zielonych herbat.

Kiedy gościliśmy się w domu Minako, ona wraz z mamą postanoiwły pokazać nam ceremonię parzenia i picia matcha. Nie zabrakło oczywiście tradycyjnych japońskich słodyczy i specjalnej zastawy. Podczas instrukcji nagrałam filmik, gdzie można zobaczyć krok po kroku jak to wygląda.

W kilku słowach jak wygląda ceremonia parzenia matcha. Do tego zadania najlepiej mieć odpowiednie naczynia i przyrządy:

– terakotowe naczynie, małą miseczkę, filiżankę

– bambusowe mieszadełko

-drewniana łyżeczka (to, czym odmierza się matcha)

Zwykła miseczka, czy łyżka też oczywiście zdadzą egzamin, ale skoro mówimy o ceremonii to trzymajmy się jej zasad. Do naczynia, z którego będziemy pić matcha wsypujemy jedną, małą (bądź trochę więcej jeżeli wolimy mocną) łyżeczkę matcha. Następnie zalewamy niewielka ilością wody o temperaturze 70 lub 80 stopnio, żeby nie sparzyć zbytnio liści, co mogłoby skutkować gorzkim smakiem. Na początku mieszamy tak, aby proszek połączył się z wodą, a później ruchem przód-tył, mocno, tak aby pojawiły się bąbelki. Kiedy widzimy bąble na powierzchni matcha jest gotowa do podania. Teraz opisze jak wygląda podanie filiżanki i odebranie jej przez druga osobę.

Podajemy obrazkiem na naczyniu ( zazwyczaj filiżanki do matcha z jednej strony mają obrazek) do pijącego. Osoba odbiera naczynie, chwali obrazek (!), odwraca 3 ruchami ( z prawej do lewej) obrazem do tyłu, aż w końcu może się napić ( na trzy razy, może być z przerwami na ciastko , albo rozmowę) Po skończeniu picia obraca znowu obrazkiem do przodu, mówi, że bardzo jej smakowało i dziękuje. Tak mniej więcej wygląda grzeczność i kultura w Japonii. Oni jeszcze przed spróbowaniem wiedzą, że trzeba powiedzieć, że smakuje i podziękować. To się nazywa szczerość(!)

  1. ZEN

ogrody ZEN

Trudno jednoznacznie powiedzieć czym jest ZEN. Z historycznego punktu widzenia jest to szkoła buddyzmu wywodząca się z Chin z czasów dynastii Tang. Z czasem rozwinęła się jako odrębna szkoła (buddyzm chan). W późniejszych czasach trafiła do Japonii, gdzie po dziś dzień znana jest jako ZEN. Z praktycznego punktu widzenia jest to owa praktyka, która ma na celu powrót do swojej prawdziwej natury i świadomości ( tu i teraz). Szkoła ZEN opiera się na rygorystycznej samokontroli, medytacji, oraz sprzyja rozumieniu i łączeniu się z naturą. Jest to bardziej nastawienie niż ideologia. Ciężko jest opisać istotę ZEN, ze względu na jej niewymierność i specyfikę. Głównym celem praktyki jest odczuwanie życia w pełni,  bycie tu i teraz, świadomym swojej jedności ze wszechświatem, oraz wszystkim tym co się na niego składa.

Medytacja zazen – czyli droga do przebudzenia

Medytacja zazen jest bardzo prostym procesem. Nie wymaga wielkiej wiedzy obraz obszernej instrukcji. Istnieją oczywiście czynniki sprzyjające oraz niesprzyjające medytacji, jednak cały czas pozostaje ona nieskomplikowana czynnością. Wystarczy prawidłowa pozycja i świadomość tego co robimy.  Dzięki codziennej medytacji można zrozumieć istotę życia w różnych jego płaszczyznach, zarówno wszelkie jego przyjemności jak i troski.  Praktyka ZEN pomaga  wziąć odpowiedzialność za własne życie, oraz uświadamia jak ważne jest służenie innym. Badacze uważają, że codzienna medytacja pomaga człowiekowi na wielu płaszczyznach. Wzmacnia sferę duchową, układ nerwowy oraz uporanie się z problemami zdrowotnymi. Zmniejsza depresję, ma fenomenalny wpływ na poczucie własnej wartości, uczy świadomości, samokontroli oraz potrafi wyeliminować stany lękowe.

Paradoks ZEN

Drugim elementem zen jest paradoks, dzięki któremu możemy zmienić nasze myślenie na nieszablonowe. Krótko mówiąc jest to jeden z filarów, za pomocą którego  wyprowadzamy nasz umysł z rutyny. Paradoks pobudza sferę duchową, i pozwala na wyłączenie logiki. Jesteśmy w stanie odrzucić to co widzimy i znamy, na rzecz tego co czujemy i tego co niewidzialne. W praktyce ZEN istnieją koany. Są to ćwiczenia, zagadki mające na celu zakłócić logiczne myślenie, a tym samym rutynę oraz przyzwyczajenia człowieka. Poprzez koany można spojrzeć na daną rzecz z innego punktu widzenia.  Mistrzowie Zen często zadają uczniom pytania, na które nie ma racjonalnej odpowiedzi. Te zagadki (koany), były opracowywane przez nauczycieli chan przez lata, ale wyzwolić człowieka ze znanych mu schematów. Przykładem jest pytanie: “Kim byłeś przed swoimi narodzinami?”

Nasze doświadczenia

Nasze pierwsze doświadczenie face to face z tą z praktyką miało miejsce w Houshou Temple, małej świątyni w pobliskich górach, gdzie Minako zaaranżowała spotkanie z mnichem. Na początku ów mnich wygłosił mowę, czym jest ZEN w teorii. Oczywiście wszystko w języku japońskim. Na szczęście nasz tłumacz, którym była Mianko, wyjaśniał niezrozumiałe dla nas  słowa mnicha. Przyszedł czas na praktykę. Przed próbami medytacji nauczyciel objaśnił nam instrukcję jak powinniśmy się do tego zabrać, czyli pozycję, co zrobić z nogami, rękoma, oczami itp. Nie pozostawił tego bez komentarza dlaczego tak, a nie inaczej.

Na początek posadził nas na poduszkach, zaproponował ściągnięcie skarpetek ( żeby nie nam było za gorąco w stopy) i pokazał jak wygląda pozycja siedzącą, która sprzyja medytacjom. Jeżeli potrafimy przyjąć pozycję, która nazywa się kwiat lotosu i czujemy się komfortowo to jak najbardziej jest ona dobra. Jeżeli jednak nie, to siad wyglądał prawie jak po turecku, tyle że jedną nogę kładziemy na kolano. Ten siad można opisać tak: pół po turecku i pół kwiat lotosu. Plecy mamy wyprostowane, a ręce opierają się o nogę, która leży na kolanie (tą górną nogę). Dłonie tworzą koszyczek, czyli jedna z dłoni opiera się na drugiej, a kciuki dotykają się opuszkami i wskazują górę ( czyli w kierunku naszej głowy). Staramy oddychać się tak, aby nie poruszało się nasze ciało. Uruchamiamy do tego procesu przeponę. Co zrobić ze wzrokiem. Patrzymy jak budda, czyli powieki mamy do połowy zamknięte, a nasz wzrok kierowany jest na wprost. Powinniśmy widzieć swój nos, a miejsce w które spoglądamy może znajdować się ok 0.5m – 1m od nas .

Przejdźmy do samej medytacji. Rytuał rozpoczął mnich, który biorąc do ręki dwa małe kawałki drewna zastukał nimi raz, co oznaczało początek medytacji. Oprócz tego, zapalił kadzidełko, które było wyznacznikiem czasowym. Kadzidło tej długości pali się około 50 minut. Kiedy gaśnie to czas, żeby zakończyć medytację. Na koniec mnich stuka dwa razy drewnianymi pałeczkami, na znak, że medytacje dobiegły końca. Jak wygląda sama medytacja? Podczas tego rytuału staramy liczyć się do dziesięciu. Niby proste, a jednak każdy z nas gubił liczenie (!). Wraz z wydechem następuję liczenie. Wydech jeden, wdech, wydech, dwa, wdech, wydech, 3… I tak dalej. Kiedy doliczymy już do 10 zaczynamy od początku. Na minutę powinniśmy zrobić około 5 lub 6 wydechów, więc nie ma się co spieszyć. Wdechy i wydechy mają być głębokie. Kiedy robisz to pierwszy raz, skupiasz się, żeby nie myśleć o niczym i w tym wszystkim gubisz liczenie. Dlatego wcale nie jest to takie łatwe zadanie, na jakie wygląda.

Celem medytacji jest wyciszenie umysłu. Dzięki świadomemu skupieniu się na liczeniu wydechów nasz umysł powinien się oczyszczać, eliminować wszystkie nawet najmniejsze dźwięki, które są dookoła, oraz odrzucać inne niepotrzebne na ten moment myśli. Po pewnym czasie, kiedy praktykujemy codzienną medytację stajemy się bardziej świadomi nas samych, naszego oddechu, naszego ciała, i tego kim jesteśmy.

Jakie były nasze odczucia?

Odczucia były bardzo pozytywne. Oczywiście każdy z nas gubił liczenie, jednak po pewnym czasie wracaliśmy na właściwe tory. Co do pozycji i siadu, to w moim przypadku po 20 minutach tak ścierpła mi noga, że nie mogłam na niej stać. Pewnie kwestia praktyki. Druga sprawa to czułam ogarniające mnie ciepło plus drgania ciała w przód i w tył. To jedyne fizyczne odruchy, które udało mi się zarejestrować. Co do mentalnej strony medytacji, to na pewno było to wyciszające i uspokajające. Jednorazowa medytacja cudów nie uczyni. Pewnie pielęgnując ten nawyk codziennie, możemy spodziewać się bardziej spektakularnych odczuć.

Po medytacjach była chwila na omówienie naszych refleksji i zadawanie pytań mnichowi. To co szczególnie zapadło mi w pamięci to wypowiedź mnicha, która dotyczyła istoty ZEN i poniekąd istoty człowieczeństwa. Wypowiedź dotyczyła myśli, mowy oraz czynu. Mnich nawoływał właśnie do czynu, ze względu na to, że on zawsze jest prawdziwy. Kiedy coś robimy, ciężko jest kłamać, żartować, czy oszukiwać. Robimy to, więc jest to prawdziwe. Kiedy o czymś myślimy, bardzo często pozostaje to tylko w naszych myślach, jednak nigdy nie ujrzy światła dziennego. Wiele osób snuje w swoich głowach wielkie plany, które nie maja żadnego pokrycia w czynach. Jeżeli chcemy pomóc, to pomóżmy, a nie tylko myślmy, że chcielibyśmy to zrobić. Podobnie jest z mową. Mówimy wiele pięknych rzeczy, ale często na mowie się kończy. Druga sprawa, używając tylko mowy, często możemy dopuścić się kłamstwa, przekłamania, podkolorowania, czy żartu. W czynie nie ma oszustwa. Czyn jest jasny. Jeżeli pomagasz, to Twoja pomoc jest faktem. Nie ważne dlaczego to robisz. Ty będziesz rozliczany z tego jaki masz motyw. Jednak pomoc pozostanie pomocą. Reasumując: więcej robić, mniej myśleć i mówić. To co robimy świadczy o nas. Nasze czyny są świadectwem o nas samych. Podobnie jest z naszymi autorytetami. Jeżeli ktoś w pewien sposób inspiruje nas i chcemy podążać podobną drogą, powinniśmy zacząć to robić (!) Na początku może wydawać się to sztuczne, bądź robieniem czegoś na siłę. Po pewnym czasie, stajemy się podobni do niego. Stajemy się osobą, która chcemy się być.

Podsumowanie

Japonia to jeden z tych krajów do którego chcę wrócić. Po jednej, niezbyt długiej wizycie czuje zarówno  niedosyt  jak i fascynacje. Oprócz wyśmienitej kuchni, wtajemniczenia w ZEN, oraz doświadczenia niezwykłej gościnności o Japonii można opowiadać godzinami. Samo Tokio to osobna historia, nie wspominając już o japońskiej kulturze, czy karaoke (!) Jeżeli wybieracie się do Japonii, albo nurtują Was pytania dotyczące tego kraju piszcie śmiało, jeżeli ja nie będę znała odpowiedzi, to niezastąpiona Minako wszystko wyjaśni.

Modlitwa, którą można nabyć w niemal każdej świątyni

One thought on “JAPONIA – CO WARTO SPRÓBOWAĆ? CZEGO WARTO DOŚWIADCZYĆ? CZYM JEST ZEN?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *