VICTORIA- CO WARTO ZOBACZYĆ I GDZIE SPOTKAĆ MISIA KOALA NA DZIKO ?

 

Victoria to jeden z mniejszych stanów Australii. Stosunkowo na tak niewielkiej powierzchni znajduje się mnóstwo atrakcji, dzięki którym odwiedzający wybierają się właśnie tutaj. Przede wszystkim żyją tu leniwe misie koala, które można spotkać w ich naturalnym środowisku, czyli śpiące na eukaliptusach. Faktem jest, że te zwierzęta przesypiają większość swojego życia, dlatego ciężko jest je spotkać na ziemi. Warto się rozglądać, ponieważ czasami zmieniają drzewo i wtedy są zmuszone opuścić swój eukaliptusowy raj. Drugim, ważnym powodem do odwiedzenia Victorii jest droga Great Ocean Road biegnąca wzdłuż oceanu, gdzie można podziwiać jego ogrom. Do tego niedaleko (jak na warunki australijskie) znajdują się Grampiany (skaliste góry) oraz serce stanu, czyli fantastyczne miasto: Melbourne. To tylko niektóre z ciekawych miejsc do zobaczenia w Victorii. Chociaż moje serce zostawiłam w Australii Zachodniej, to Victoria jest tuż za nią. Podczas naszej podróży do Victorii wracaliśmy trzykrotnie i z każdej wizyty wynieśliśmy coś innego. Poniżej zamieszczam naszą trasę i kilka wskazówek co warto zobaczyć w Victorii i gdzie warto się zatrzymać na dłużej.

Puffing Billy 

 

 CO WARTO ZOBACZYĆ W VICTORII, CZYLI KRÓTKI PLAN PODRÓŻY

  1. MELBOURNE

Melbourne 

Melbourne to metropolia, stolica stanu, centrum australijskiej kultury i jedno z zimniejszych miast w Australii. To miejsce od samego początku skradło nasze serca. Miasto jak miasto, jednak to co czyni je wyjątkowym to unosząca się w powietrzu pozytywna atmosfera, woń jednej z lepszych kaw na świecie, tajemnicze zakamarki i głośne życie nad rzeką. Każda dzielnica Melbourne to jakby osobne, samowystarczalne miasteczko. Przynajmniej takie odnieśliśmy wrażenie. W tym miejscu w zależności od pory roku możemy zaznać australijskiego upału i przenikliwego chłodu , który z latem nie ma za wiele wspólnego. Jedno jest pewne- w Melbourne nie można się nudzić. Miasto ma za dużo do zaoferowania, żeby marnotrawić tutaj czas. Zacznijmy od stacji Flinders i Federation Square.

Flinders Street Station

To dobre miejsce na początek, żeby się zlokalizować, ogarnąć i wiedzieć co się chce robić dalej. Na Federation Square znajduje się Melbourne Visitor Center. Tam kierujemy wszystkie pytania, na które chcemy znać odpowiedzi dotyczące Melbourne i okolic. Stamtąd proponuję spacer nad rzeką Yarra.

Yarra River

Tutaj życie toczy się 24 h na dobę, więc spacer zarówno za dnia jak i wieczorem to dobry pomysł. Można tutaj zatrzymać się na lunch, lody, czy piwo, a kiedy zabraknie dziennego światła – co godzinę można obserwować „fire show”. Pokazy są sponsorowane przez Casino Crown. Ogromne ogniste kule eksplodują z ustawionych wzdłuż rzeki kolumn. Godziny są zależne od pory roku i warunków pogodowych. My na pokaz załapaliśmy się już o godzinie 19. Kontynuując spacer polecam wizytę w owym kasynie.  CROWN to jedno z najbardziej znanych kasyn w Australii. Dobra wiadomość jest taka, że jeżeli chcesz spróbować nie musisz mieć na sobie garnituru i wielkich umiejętności, a ba nawet kasy. Jeżeli jesteś tam pierwszy raz, możesz wyrobić sobie kartę (darmową), dostać 20 dolarów ( 10 AUD na maszyny i 10 AUD na stoły) i spróbować szczęścia. Pieniądze dostajesz oczywiście z kuponach więc jest szansa, że zarobisz na lunch, albo je tam stracisz. Potrzeba jedynie mieć przy sobie paszport  do rejestracji. Warto spróbować! Kasyno jest ogromne i atrakcyjne samo w sobie. Tak naprawdę jeżeli nie wciągnie Cię dalsza gra, to i tak nie ma nic do stracenia a darmowe kupony zają opcję zarobienia kilku dolarów. Nam udało się wygrać równowartość dwóch obiadów 🙂

Casino CROWN sponsoruje dzisiejszy lunch 

Innym ciekawym doświadczeniem jest wizyta na Queen Victoria Market. Posmakujesz tu kuchni z całego świata, kupisz tanio pamiątki i obejrzysz australijskie rękodzieło. Będąc w centrum nie można przegapić jednej z najlepszych kaw na świecie! Serio! Jestem smakoszem kawy i raczę się tym trunkiem każdego dnia w różnych częściach świata. Kawa z Melbourne w odpowiednich miejscach to naprawdę kawa z klasą. Polecam okolice Bourke Street, Little Bourke Street, czy Somerset Place. Moją ulubioną kawiarnią została Brother Bubba Budan. To mała, lokalna knajpka, gdzie można napić się pysznej kawy i uzależnić się od jej aromatu. Innym miejscem na lunch jest wąska uliczka Degraves St. klimatem przypominająca uliczkę we włoskim, portugalskim, hiszpańskim, bądź francuskim stylu. Często jest tu mnóstwo ludzi, jednak nie zniechęca to do przebywania tam, a nawet dodaje uroku.

klimatyczne kawiarnie na Degraves Street 

Miłą odskocznią od ruchliwej uliczki będzie park Carlton Gardens, gdzie znajduje się okazały budynek Royal Exhibition, który wraz z ogrodami wpisane są na listę światowego dziedzictwa Austarlii. Podczas White Night Park był pełen ludzi, ze względu na pokaz świateł przedstawiający historię Australii. Show samo w sobie było fenomenalne – wyświetlane na fasadzie budynku, jednak w tamtym czasie była to nasza pierwsza noc w Melbourne, do którego dotarliśmy po 1000 km autostopu. Jedyne o czym marzyliśmy to rozbicie namiotu w zacisznym parku… rzeczywistość okazała się całkiem inna…

light show podczas White Night 

Po bardziej emocjonujące przeżycia zapraszam na molo St. Kilda. Można tam spotkać pingwiny. Jeżeli ktoś już je wcześniej widział, to może nie będzie to tak wielkie przeżycie. Jeżeli jednak nie miałeś wcześniej pingwiniego doświadczenia to jest to miejsce jak najbardziej dla Ciebie. O zmierzchu lub poranku pingwiny są bardziej odważne. W ciągu dnia, kiedy na molo kręci się więcej ludzi najczęściej chowają się wśród kamieni, lub pod pomostem. Warto ich wypatrywać. W końcu pingwiny w Australii to niecodzienność.

australijskie pingwiny – molo St. Kilda

Na St. Kilda można dostać się komunikacją miejską lub spacerem. Polecam przejść przez dzielnicę Fitzroy pełną hipsterskich knajpek. Położona jest około 2 km od centrum Melbourne . Niedaleko znajduję się Luna Park, którego symbolem stała się twarz klauna z otwartymi ustami. Każdy kojarzy chyba ten wizerunek. W Luna park nie byliśmy, ale zdjęcie mamy.

 

Luna Park z ikonową bramą

 

  1. ATRAKCJE MELBOURNE POZA CENTRUM

kolorowe domki na Brighton Beach

Moim numerem jeden jest plaża Brighton Beach ( Dendy Street Beach) oddalona o około 13 km od centrum Melbourne. To miejsce słynie z kolorowych domków ustawionych w szeregu na plaży. Mieszkańcy trzymają w nich sprzęt wodny oraz gadgety do plażowania lub urządzili je jak salon, a turyści traktują jako wielką atrakcję. Trzeba przyznać, że to miejsce jest pełne pozytywnej energii, gdzie dużo ludzi przyjeżdża oglądać zachód słońca. Na plaży znajduje się 82 domki, a każdy z nich pomalowany jest inaczej. To bajeczne miejsce, w którym można poczuć atmosferę tego miasta.

 

 

Kolejnym, nieco innym doświadczeniem jest przejażdżka parową kolejką Puffing Billy. Kolej zaczyna swój bieg na stacji Belgrave, a można dojechać nią, aż do stacji Gambrook. Jej trasa biegnie przez wzgórza Dandenong, gdzie można poczuć klimat deszczowego lasu. Po drodze podziwia się bujną roślinność, zielone paprotki i wszędobylskie papugi. Koszt zależy od długości trasy. Można wysiąść w Lakeside, albo można jechać do końca. Ceny i terminy najlepiej sprawdzać na bieżąco na stronie tutaj.

Puffing Billy 

 

Puffing Billy 

 

 

  1. GREAT OCEAN ROAD

12 Apostołów

Great Ocean Road to 243 km malowniczo położonej drogi, która w większości ciągnie się wzdłuż oceanu. Jest to jedna z ikon Australii i każdy mniej lub więcej kojarzy 12 Apostołów ( skały ), które są jej najbardziej znanym punktem. Inna, bardziej oficjalna nazwa to droga stanowa B100, jednak znaczna większość (zwłaszcza turystów) nazywa ją Great Ocean Road. Jej początek to miasto Torquay, a koniec znajduję się w Allansford. Pierwszy odcinek drogi, aż do przylądka Otway to wybrzeże idealne na surfing. Przez lokalnych jest ono często nazywane Surf Coast.

surf surf surf

To właśnie tam po raz pierwszy łapaliśmy falę w miejscowości Torquay, która słynie z tego sportu. Najbardziej znaną plażą jest tutaj Bells Beach i inne takie jak Point Impossible Beach i Southside Beach.To właśnie tutaj powstały jedne z najpopularniejszych marek surfingowych : Rip Curl i Quicksilver. W okolicach Świąt Wielkanocnych odbywają się tutaj zawody Rip Curl Pro (ASP World Tour). My mieliśmy okazję odwiedzić G.O.R. dwa razy: pierwszy raz w lutym, a drugi raz w kwietniu, właśnie w okolicach Świąt Wielkanocnych. Byliśmy świadkami tych zawodów, oraz imprezy, która trwała podczas tego eventu. Co do wypożyczenia sprzętu i cen to było całkiem przystępnie. Deski i pianki wypożyczyliśmy na 2 h, cena- 25 AUD od osoby. Wybraliśmy się na Back Beach, gdzie panują świetne warunki dla początkujących. Jest tutaj dość dużo surferów, jednak plusem jest to, że można ich obserwować i jednocześnie się od nich uczyć. W miasteczku nie brakuje oczywiście barów, klubów, czy kawiarenek. Po surfowaniu polecam fish and chips! Nie wiem, czy była pyszna, czy po prostu byliśmy tak głodni. Jedno jest pewne- dużo, dobrze i niedrogo. Jeżeli przegapicie popołudniową kawę w Torquay to możecie zatrzymać się w następnym miasteczku Anglesea. Główna plaża w tym mieście również jest idealnym miejscem do nauki surfingu. My po pierwszym razie byliśmy zarówno wykończeni, jak i  zajarani nowym doświadczeniem. To miasteczko idealne na spacer wzdłuż wybrzeża, oraz wspomnianą wcześniej kawę.

miejsce idelane 🙂 tylko brakuje kawy 

Kolejnym miejscem godnym uwagi jest mała ukryta plaża, gdzie nie ma żadnego miasta. Jest to idealne miejsce dla surferów. Trzeba jednak przyjechać tutaj z własnym sprzętem. Bardzo klimatyczne miejsce z szeroka plażą. Idealne na piknik. (współrzędne: 38’26’10.14″S, 144’07’50.45 E ) obok Urquhart Bluff. Następne, znane miejsce na trasie to Lorne. To tutaj przeżyliśmy „atak” kakadoo. Te papugi są tutaj dosłownie wszędzie! Czają się na resztki jedzenia lub bezpośrednio na Twój lunch. Nie są agresywne, ale ich ogrom czasami może przerażać. Jeżeli chcesz mieć zdjęcie z kakadoo, które siadają na Tobie to na pewno uda Ci się zdobyć to ujęcie tutaj.

atak kakadu

Kolejnym wakacyjnym miasteczkiem jest Apollo Bay. My zwykle tutaj nocowaliśmy. Mam na myśli oczywiście rozbicie namiotu na dziko lub spanie w samochodzie. Niestety noclegi płatne trochę za bardzo nadszarpnęłyby nasz budżet. Przy plaży (w centrum) znajduje się darmowy prysznic, więc jak się skorzysta z niego przed zachodem słońca, to zimna woda orzeźwi, a nie zmrozi. Kolejnym punktem jest Otway Cape, czyli „dom” koala. Już na głównej drodze pojawiają się znaki oznajmujące, że w pobliżu można spotkać misia. Polecam się rozglądać, bo nam się udało. Nie dość, że zobaczyliśmy go przy drodze, to tuż za nim pojawiła się mama miś z małym koala na plecach!

najlepsze spotkanie w Australii 🙂

Otway Cape to cypelek tuż obok Great Ocean Road. Z głównej drogi B100 trzeba skręcić w drogę C157 i przez około 13 km patrzeć w górę na korony eukaliptusów. Są tam. Mieszkają tam. Śpią i jedzą tam. Zazwyczaj siedzą dość wysoko na drzewach, ale będąc na OC dwa razy, widzieliśmy po kilka sztuk. Na pierwszy rzut oka nie łatwo je dostrzec, ale po dokładniejszym przeczesaniu terenu wzrokiem, można zauważyć małą puchatą kulkę gdzieś wyskoko na drzewie, zazwyczaj słodko drzemiącą 🙂

częsty widok na Otway Cape

Miejsce samo w sobie jest świetne. Droga pośrodku lasu eukaliptusowego prowadzi do latarni morskiej i klifu, z którego rozciąga się ponoć spektakularny widok. Cena niestety też jest spektakularna, więc my dwa razy zaprzestaliśmy naszego tripa na podziwianiu koala. Zdecydowanie warto zboczyć z trasy ze względu na widoki w Otway National Park i oczywiście miśki na drzewach. Po emocjach związanymi z koala wracamy na drogę główną. Jeżeli przemierzacie ją samochodem i dodatkowo puścicie odpowiednią do tego muzykę, to widoki dookoła są tak majestatyczne, jak mało gdzie. Jedziemy, jedziemy, aż naszym oczom ukażą się „apostołowie” Twelve Apostles.

12 Apostołów 

Najpierw  zobaczycie parkingi pełne autokarów, autobusów, chińczyków i innych turystów, a później ewentualnie skały. Widoki są naprawdę ładne. Trzeba się jednak liczyć z tym, że sami tam nie będziecie, a infrastruktura turystyczna działa prężnie. My podczas naszych dwóch razów, w pogodzie i deszczu, zawsze spotykaliśmy dość dużo ludzi. Polecam wybrać się tam w najbliższych latach, ponieważ ”apostołów” ubywa i ubywa. Na dzień dzisiejszy zostało ich już tylko ósemka. Po spacerze wzdłuż wybrzeża, gdzie stoi 12 Apostołów pojechaliśmy dalej. Szczerze mówiąc inne formacje skalne, które również uchodzą za atrakcje, jednak nie są sławne na cały świat, zrobiły na nas większe wrażenie. Przede wszystkim było tam mniej ludzi, więcej przestrzeni, oraz większy spokój. To co podobało nam się najbardziej to rozbijające się o brzeg fale i ogrom oceanu, który w tym miejscu można poczuć! Polecam więc przystanek w The Razorback Lookout, Loch Ard George, Thunder Cave (lub inaczej Blowhole), znajdujący się 20 m dalej Broken Head i wielu innych miejscach, które nie doczekały się specjalnej nazwy. Naszym ostatnim punktem na trasie był Port Cambell, w którym postanowiliśmy poszukać noclegu „na dziko” i zakończyć naszą przygodę z Great Ocean Road.


Loch Ard George 

 

Thunder Cave

 

okolice Thunder Cave 

 

okolice Thunder Cave 

  1. BALLARAT

Z żalem przyznaję, że przez Ballarat przejeżdżaliśmy, łapaliśmy tam stopa, oraz zatrzymaliśmy się na chwilę i tyle. Za każdym razem zamierzaliśmy wrócić do tego miasta i spędzić chociaż jeden dzień, ale zawsze „coś” okazywało się ważniejsze. Niemniej uważam, że to westernowe miasto zasługuje za miejsce na liście. Znajduje się około 100 km od Melbourne. W latach 50 XIX w. było to centrum gorączki złota. To co przyciąga turystów do Ballarat to skansen Sovereign Hill oraz muzeum złota. Jeżeli ktoś z Was odwiedził to miejsce to w komentarzach zapraszam do wpisu, czy warto się tam wybrać?

  1. GRAMPIANY

Grampiany (Grampians) to pasmo gór położone w południowo-zachodniej części stanu Victoria. Spędziliśmy tutaj trzy dni na górskich wędrówkach, wypatrywaniu emu i jeżozwierzy, wsłuchując się w wieczorne chichoty kukabury i witając poranki razem z kangurami.

przyłapany jeżozwierz

Trzeba przyznać, że właśnie tutaj spotkaliśmy najwięcej kangorów w jednym miejscu. Ten obszar to idealne miejsce do spotkania ‘face to face’ z dzikimi okazami australijskich zwierząt. Sercem Grampianów jest małe miasteczko Halls Gap. Dla nas największa atrakcją były wszędobylskie skaczące torbacze. Już na samym wjeździe można je zauważyć „pasące” się na trawnikach przed domkami. Wieczorami pobliskie boisko zamienia się dosłownie w pole kangórów.

 

Oprócz kangurów w Halls Gap znajduje się parę knajpek, sklepy z pamiątkami, sklepy spożywcze, kawiarenki,  kempingi, pensjonaty i prywatne domki. Jest to popularne miejsce dla Australijczyków na weekend, relaks, czy  rodzinne spotkania na kempingu. Utarło się, że panuje tu dobra energia, która przyciąga co roku tych samych odwiedzających. W Grampianach można wędrować różnymi szlakami. Widoki są bezcenne, a ścieżki prawie puste. Dopiero, kiedy dochodziliśmy do punktów widokowych można było zauważyć, że oprócz Ciebie i dzikiego życia dookoła są inni ludzie. W Grampians National Park można podziwiać skały, które imponują swoimi kształtami. Grampiany to góry skaliste, więc krajobraz jest tam raczej surowy.

gdzieś na szlaku lub trochę poza nim 🙂

Imponujący jest Grand Canyon, który znajduje się na jednym ze szlaków. Jest on nieco mniejszy niż Kings Canyon w Northern Territory, co nie oznacza że mniej efektowny.

Grand Canyon 

Po kilku godzinach wędrówki dochodzi się do punktów widokowych tak jak: Red Lookout, czy Barooka Lookout. Widoki, które rozpościerają się na góry są bajeczne. Widać jezioro Bellfield w oddali, połacie lasów, a w oddali nawet czasem można dojrzeć Melbourne.

Barooka Lookout

Można odejść kawałek od głównego punktu widokowego, znaleźć swoją skałę, zrobić piknik i cieszyć się australijska naturą. Te góry naprawdę mają pozytywną energię… Szlaków jest mnóstwo. Można wybierać się na jednodniowe wędrówki i na nocleg wracać do Halls Gap, lub nocować w buszu i zapuścić się w mniej odwiedzane zakamarki Grampianów. Najbardziej budżetową opcją noclegu jest oczywiście spanie na dziko we własnym namiocie. Działa, sprawdzaliśmy i w pobliżu jest dużo miejsc do rozbicia swojego kempingu. Uważajcie jednak na mandaty od strażników parku. Druga opcja to oficjalny kemping, gdzie również skusiliśmy się spędzić jedną noc. Potrzeba prysznica w tamtym dniu była silna, więc nie wzbranialiśmy się przed nią. Koszt za rozbicie namiotu to około 30 AUD w zależności od sezonu. Tanio nie jest, ale w Australii mało co nie jest drogie. Jeżeli decydujesz się na eksplorowanie Victorii nie zapomnij odwiedzić grampiańskich kangurów! Ciekawostka: nie lubia marchewek, ale nie pogardzą waflami ryżowymi.

dzień dobry W Australii! Nie jesteśmy sami 🙂

Victoria to dla nas szczególny stan, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy misia koala ( i to na dziko), gdzie po raz pierwszy spróbowaliśmy swoich sił na surfingu, a oprócz tego po raz pierwszy zakochaliśmy się w Melbourne. Zebrało się tutaj trochę tych pierwszych razów, przez co jeszcze lepiej wspominamy ten mały kawałek lądu na końcu świata…

Więcej informacji o Australii znajdziesz w innych wpisach! Do usłyszenia! 🙂

AUSTRALIA – INFORMACJE PRAKTYCZNE-Tips and tricks!

AUSTRALIA ZACHODNIA- CO WARTO ZOBACZYĆ?

 

4 thoughts on “VICTORIA- CO WARTO ZOBACZYĆ I GDZIE SPOTKAĆ MISIA KOALA NA DZIKO ?

    1. Oj tak! Jednogłośnie uznaliśmy, że koala to najsłodszy zwierzak zwłaszcza ten malutki

  1. Sovereign Hill gorąco polecam! to wspaniały skansen, w którym można przenieść się w czasie i poczuć się jak podczas gorączki złota; na to miejsce trzeba zarezerwować kilka godzin, bo naprawdę atrakcji jest sporo, m.in. można pomoczyć się w potoku, szukając złotych okruszków lub wziąć udział w pokazie, jak złoto było przetapiane w sztaby; zrekonstruowane jest w zasadzie całe miasteczko, z namiotami poszukiwaczy złota, szkołą, sklepikami przy głównej ulicy (mnie urzekł szczególnie zakład pogrzebowy), a także domami stałych mieszkańców; dla miłośników historii, szczególnie XIX wieku i atmosfery dzikiego zachodu, prawdziwy raj 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *